Tag Archives: jajka

Obustronny zachwyt i szparagi

Zwykły wpis

Ale się porobiło! Dobrze, że mamy akurat najdłuższe dni roku, bo inaczej nie pomieściłyby natłoku wydarzeń. Rozrywka goni rozrywkę, spotkania rozkosznie towarzyskie się piętrzą, a do tego wszystkiego podróże kolejne odbywać trzeba. Bo jak się bilet kupiło, to pojechać trzeba, prawda? Nawet jak się planowało podróż w Przekornym Kajtkiem, a celem był Stambuł, tak? No właśnie… Ale! Zwykłe zorganizowane i nudne wycieczki nigdy mnie nie kręciły, a poza tym uznaliśmy, że telewizja na pewno kłamie. I wiecie co? Ona naprawdę kłamie!

I żeby nie było, wcale nie twierdzę, że na placu Taksim nic się nie dzieje. Że nie ma protestów, że armatki wodne i gaz łzawiący nie poszły ani razu w ruch. Ale powtarzające się nagłówki, że cały Stambuł wrze i że przez Turcję przechodzi rewolucja, były, delikatnie mówiąc, mocno przesadzone. Taktycznie postanowiliśmy ominąć problematyczny plac, bo w końcu trochę rodzicielskiej odpowiedzialności gdzieś głęboko we mnie drzemie. W efekcie nie widzieliśmy ani jednego demonstranta i ani jednego policjanta. Serio. A jednocześnie cały czas śledziłam nagłówki w polskich gazetach. Oj jakże mocno stały one w sprzeczności z tym, co widziałam na własne oczy! Czyli potwierdzone – media kłamią.

Bo w Stambule nie tylko uszczerbku na zdrowiu nie doznaliśmy, ale wręcz przeciwnie – wypoczęliśmy i unurzaliśmy się po pachy w cudownej, leniwo-chaotycznej atmosferze miasta. W czasie gdy my zachwycaliśmy się Stambułem, Stambuł zachwycał się nami. No może nie tyle nami, co jednym z nas. Bo Przekorny Kajtek, który wygląda już jak ludzik Michelin, zawojował Turków i Turczynki swoimi białymi fałdeczkami – kolejki by zrobić sobie z nią zdjęcie były dłuższe niż do misia na Krupówkach ;-) No i jeszcze ich uliczne jedzenie! Trawestując wiesza:

Ktokolwiek będziesz w tureckiej stronie

pod bosforskiej cieśniny brzegi podjechawszy

pomnij by minąć mostowe restauracje

i balik ekmek zjeść od ulicznego sprzedawcy!

:-)

2013-06-24-01

No.

Ale wróciliśmy, a na wspomnieniach człowiek długo nie pociągnie. Jednak trzeba jeść. A co jeść? Wiadomo – szparagi – to już ich ostatnie chwile na straganach.

Cooking&eating

Podsmażamy dymkę i czosnek na niewielkiej ilości oliwy.

Cooking&eatingDorzucamy umyte, pozbawione zdrewniałych końcówek i pokrojone na mniejsze kawałki szparagi. Smażymy kilka minut.

Cooking&eatingSkrapiamy je cytryną, solimy i pieprzymy.

Cooking&eatingDorzucamy pół pęczka pietruszki, a następnie robimy łyżką zagłębienia w szparagowej siekance. W zagłębienia wbijamy jajka. Każde jajko trzeba jeszcze ciut dosolić z wierzchu.

Cooking&eatingPrzykrywamy garnek i trzymamy wszystko na ogniu do czasu gdy jajka zetną się w pożądanym stopniu. Podsypujemy resztą pietruszki i wcinamy ze smakiem. Pycha!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Welcome to Poland

Zwykły wpis

Trzy złączone stoły, niekoniecznie tej samej wysokości. Cztery obrusy, każdy inny. Wódka się leje hojnie. Śmiechy rubaszne uderzają w uszy coraz mocniejszym decybelem. Aż w końcu wujek Zdzisiek kończy opowieść pieprzną puentą i stryjenka Wiesia, ze śmiechu nie wytrzymawszy, ląduje wraz z taboretem na ziemi. Kuzyn Rysiek parska śmiechem, na co Lucek, syn stryjenki Wiesi, zakasuje rękawy i pyta Ryśka, czy ten się śmieje z jego matki. Logika nakazywałaby bójkę, ale z jakichś względów sprawa się kończy osuszeniem kolejnej flaszki i wspomnieniami jak to w wojsku kapralowi zaiwaniło się pagony. Wiecie gdzie jesteście, prawda? Oczywiście u cioci na imieninach.

Imieniny u cioci, oprócz jedynej w swoim rodzaju atmosfery, mają jeszcze jedną charakterystyczną cechę. Na tych trzech złączonych stołach stoi obfitość wielka dań ciepłych i zimnych, wśród których bigos i zimne nóżki wiodą prym. Musi być też półmisek wędlin, wybór marynowanych przekąsek pod wódkę, śledzik o tym samym przeznaczeniu, faszerowane jajka oraz tort z maślanym kremem. No i koniecznie, absolutnie koniecznie i nieodwołalnie potrzebna jest sałatka z majonezem. Bez sałatki z majonezem imieniny odbyć się nie mogą. Już łatwiej by było je zrobić bez solenizantki.

No i właśnie taką zdobycz z ostatniej rodzinnej imprezy przywożę. Sałatkę z majonezem. W sensie przepis na nią, a nie samą sałatkę, bo ta ostatnia, to już zjedzona. A że była smaczna i urodziwa, to pomyślałam, że się z Wami tym przepisem podzielę. Tylko burd żadnych za stołem nie wszczynajcie po jej zjedzeniu ;-)

Sprawa jest banalnie prosta – układamy warstwami:

  • jednego lub dwa posiekane pory – w zależności od tego jak długą mają jasną część
  • puszkę kukurydzy
  • 200 g tartego sera (najlepiej cheddara)
  • 4 ugotowane na twardo i posiekane w kosteczkę jajka
  • parę łyżek majonezu
  • garść prażonych nasion słonecznika
  • garść pomidorków koktajlowych

I już – szybko i pysznie :-)

Kot, pudełko i śniadanie na obiad

Zwykły wpis

Trzecie prawo kociej równowagi wszechświata głosi, że kot pozostawiony w zasięgu pudła będzie dążył ruchem niejednostajnym i chytrym do tego, by znaleźć się w pudle. Nie ma lepszej zabawy niż pudełko. Ach ileż ono sprawia możliwości – można wskoczyć, wyskoczyć, wskoczyć, wyskoczyć, wskoczyć, … – i tak w nieskończoność. W pudełku można też siedzieć oraz (co najważniejsze) spać. I to jak dobrze! Sprezentujcie kiedyś kotu super wypasione legowisko, zapakowane w pudełko. Rozpakujcie, koniecznie pozostawiając kartonowe opakowanie obok. A potem patrzcie gdzie ułoży się kot…

No dobrze. Obgadałam Kota oraz całą resztę kociego rodu, a sama wcale lepsza nie jestem. Nie w sensie przesiadywania w kartonach. Wszakże przykład Hanki Mostowiak pokazuje, że od kartonów to się lepiej trzymać z daleka. Miałam raczej na myśli thinking outside the box, które sprawia mi czasem problem ogromny i brnę w ślepy zaułek jak ten koń z klapkami na oczach. Jak już powstanie mi jakieś połączenie w mózgu, jak już jakaś myśl, choćby i absurdalna, zakiełkuje, to trudno dziadostwo wyplenić.

Wskutek powyższego kedgeree spróbowałam jakieś 5 lat po zakupie książki Nigelli przepis na nie zawierającej. Nie dlatego, że wcześniej nie miałam na nie ochoty, brakowało mi produktów lub się najzwyczajniej w świecie nie składało. O nie. Danie mnie pociągało, a wszystkie składniki są względnie łatwo dla mnie dostępne. To skąd ta zwłoka? Ano stąd, że Nigella (w myśl brytyjskiej tradycji kulinarnej) umieściła ten przepis w sekcji o śniadaniach, a mi to danie wybitnie na śniadanie nie pasuje. Nawet podtytuł, że to śniadania na każdą porę nie pomógł. Ale wtem nagle po 5 latach wpadłam na to odkrywcze rozwiązanie, by kadgeree przyrządzić w charakterze obiadu. Czy to wystarczy na nobla?

Dzisiejsza wersja nie jest wiernym odwzorowaniem przepisu Nigelli, a jedną z możliwych wersji kedgeree. Mianowicie z wędzonym na ciepło łososiem. Ale po kolei. Na początek siekamy dwie cebulki, przygotowujemy parę liści limonki (mogą być suszone) oraz samą limonkę, sos rybny, a także po pół łyżeczki kurkumy, mielonych ziaren kolendry i kuminu.

W rondlu lub na głębszej patelni rozpuszczamy tłuszcz – mieszankę masła i oleju, a jeszcze lepiej (cześć oddając tym samym indyjskim korzeniom potrawy) ghee, czyli klarowane masło. Jakiego tłuszczu nie użyjemy, chodzi o to, by podsmażyć cebulę. Gdy się zeszkli wrzucamy kurkumę, kolendrę oraz kumin i smażymy około minuty, pozwalając przyprawom rozwinąć pełnię swego aromatu. Następnie dorzucamy ryż basmati w ilości 200 gram.

Ryż porządnie otulamy przyprawami, a następnie dodajemy ok. 450 ml wody, sos rybny i liście limonki. Przykrywamy i pozwalamy ryżowi gotować się na małym ogniu przez ok. 15 minut. My w tym czasie jednak nie odpoczywamy, bo mamy do zrobienia 2 rzeczy. Po pierwsze – gotujemy ze trzy jajka na twardo lub prawie twardo, jeśli się uda uchwycić ten moment.

Po drugie – przygotowujemy łososia, czyli zwarty kawałek ryby (ok. 200 g) dzielimy na cząstki. Najlepiej robić to rękoma, pozwalając rybie rozpadać się wzdłuż słojów tłuszczowych, czy jak tam się nazywają te białe przerywniki w pomarańczowym mięsie.

Gdy ryż jest już miękki składamy puzzle w całość – ryż skrapiamy limonką i ewentualnie dodatkowym sosem rybnym, jeśli jest za mało słony. Dodajemy siekaną kolendrę i cząstki łososia.

Na koniec dorzucamy ćwiartki jajek. Podajemy od razu, na ciepło, lub w temperaturze pokojowej, jak sałatkę. Dodatkowa limonka nie zawadzi. Oj jak żałuję, że tak długo zwlekałam z wypróbowaniem kedgeree!

Żydowska grochówka czy tunezyjski bigos?

Zwykły wpis

Dużo wody w Wiśle musiało upłynąć, oj dużo, bym wzięła się własnoręcznie za to danie. Widziałam je u Makłowicza, przewinęło się na kilku blogach, widuje się je również w niektórych knajpach. A ja robię je dopiero teraz. Tak po mniej więcej 13 miliardach bilionach litrów wody, które zdążyły Wisłą spłynąć.  Serio. Wierzcie lub nie, policzyłam to. Albo lepiej się nie wierzcie. Nie będę publicznie przyznawać do wszystkich swoich odchyłów. Wcale nie policzyłam, tylko tak sobie rzucam pierwszą lepszą liczbą wyciągniętą z kapelusza. Prrrr! Stop kobyła. Ja nie o tym chciałam.

Szakszuka, bo o niej mowa, wymaga sprostowania. Bo szakszuki są dwie. Pierwsza ma korzenie tunezyjskie. Koniecznie z mięsem, papryką i pomidorem. Smażona, mieszana, podrzucana całkowicie bałaganiarski pejzaż na patelni tworzy, niewyględny niczym bigos. Z resztą jej nazwę ponoć się tłumaczy jako wielki bałagan, a to do czegoś zobowiązuje. Druga szakszuka z pierwszą ma wspólną nazwę i pomidory. Bo charakter jednak zupełnie inny. No i rzekomo jest podstawową potrawą izraelskiego wojska. Taka żydowska wersja grochówki. Tyle że bez grochu. A z jajkiem.

Mnie zanęciła wersja żydowska. Miałam na nią ochotę odkąd pierwszy raz natknęłam się na wzmiankę o niej. Przed natychmiastową realizacją przepisu powstrzymało mnie tylko jedno – to był marzec, a w marcu, jak wiadomo, pomidory nie są w swojej szczytowej formie. Jednocześnie miałam przeczucie, że puszkowane pomidory to nie będzie w stu procentach to. Wyczekałam, dotrwałam i szczęśliwie pierwszy raz za szakszukę się wzięłam przy użyciu pysznych, esencjonalnych, dojrzałych pomidorów. Warto było czekać.

Sprawa jest prosta. Zaczynamy od pomidorów w dużej ilości. Dla dwóch osób proponuję aż 1,5 kg.

Na początku pomidory obieramy ze skórki. Nacinamy na krzyż, zalewamy wrzątkiem na 2 minutki i ściągamy skórkę, która po takim potraktowaniu już nie stawia oporu.

Obrane pomidory siekamy – grubo i bez zważania na estetykę.

W głębokim rondlu podsmażamy do szklistości pokrojoną w kostkę cebulę.

Do cebuli dodajemy pomidory – nie szkodzi, jeśli będą się piętrzyć i wystawać z rondla.

Pomidory dusimy na średnim ogniu – nie na małym, nie na dużym, tylko właśnie na średnim. Na małym zmienią się w papkę nim odparują, na dużym się przypalą. A odparowujemy je, aż stracą połowę objętości.

Gdy pomidorów zostanie połowa bierzemy się za doprawianie. Sól i pieprz powinny wystarczyć, ale jeśli pomidory mają kwaskowatą nutkę, to dodatkowo przyda się jeszcze szczypta lub dwie cukru. W tak przygotowanych pomidorach robimy zagłębienia (po prostu łyżką), w które wbijamy jajka – po dwa na głowę.

Na wierzch wrzucamy ok. 100 g słonego sera, np. bułgarskiego sirene albo fety.

Przykrywamy rondel i trzymamy całość na ogniu dość krótko – nie więcej niż 5 minut. Idealnie jest, gdy ścina się białko, a  żółtko pozostaje płynne. Jeśli ktoś bardzo, ale to bardzo nie znosi płynnego żółtka, to ma dyspensę na dłuższe trzymanie szakszuki na gazie. Ale to naprawdę w drodze absolutnego wyjątku. Gotową szakszukę posypujemy dodatkowym serem i jakąś zieleninką. Pietruszka jest ok, choć i kolendra nadałaby się wyśmienicie. Gotowe! Cudowny, lekki i pyszny letni obiad.

Włosi wiedzą najlepiej co to upały, prawda?

Zwykły wpis

Dziatki moje miłe! Ciocia centka Wam teraz powie, że było takie lato w czasach starożytnych, a konkretnie w 2001 roku, kiedy upały nastały straszliwe, mniej więcej takie jak teraz. Gorąc był nieprzeciętny. Ogólnie, jedyne co człowiek mógł robić nie narażając się na utratę godności i dostojeństwa, to leżeć, bo wszelkie próby wykonywania ruchów, nawet niegwałtownych, kończyły się tak samo – pot tryskał ze wszystkich porów na ciele. A przyznacie, że pot i człowiecza godności mają coś w sprzeczności.

Ale ja o czym innym. Rzec Wam chciałam, że w tych oto zamierzchłych czasach ciocia centka miała okazję mieszkać przez chwilę z dwiema Włoszkami. I prawdopodobnie lepiej się złożyć nie mogło, bo kto jak kto, ale Włosi, z racji położenia geograficznego kraju swego, chyba powinni wiedzieć doskonale jak sobie radzić z atakiem tropikalnej aury, prawda? Bo że z makaronem sobie radzą nie najgorzej, to się rozumie samo przez się. Bycie makaroniarzem zobowiązuje.

No i w tym momencie historii zaczyna nam się wyłaniać jej sedno. Bowiem dziś będzie o cudownie prostym, absolutnie smakowitym i bardzo letnim sposobie na makaron. To nawet nie jest przepis. To coś, co „moje” Włoszki robiły ot tak sobie, od niechcenia, bez trzymania się proporcji, bez konsekwencji w doborze składników. Temat wchłonęłam natychmiast, bo na lato jest fenomenalnie idealny. Musicie spróbować!

Cudowność tego przepisu kryje się m.in. w tym, że nie wymaga stania przy buchających parą garach i patelniach. Zdecydowaną większość tematu obsługujemy na zimno, co przy afrykańskim skwarze tkwiącym w każdej cząsteczce powietrza jest błogosławieństwem. Ugotować należy jedynie makaron i jajka na twardo – żadne z dwojga nie wymaga obecności w kuchni przez czas dłuższy niż minuta. Resztę składników można przetworzyć w najchłodniejszym miejscu domu, np. w sypialni, gdzie nie wiedzieć czemu jest najchłodniej.

No to do dzieła! Bierzemy parę nieskomplikowanych składników i równie niewyrafinowane kuchenne utensylia.

Pomidory ścieramy na grubych oczkach. Jeśli mają bardzo dużo soku, to tylko połowę pomidorów ścieramy w całości, a z reszty bierzemy jedynie miąższ.

Do pomidorowego przecieru dodajemy cebulę. Tym razem wzięłam dymkę, więc ją posiekałam. Zwykłą cebulę trę na wzór pomidorów na tarce. Oprócz tego do pomidorów wrzucamy czosnek i chili, z czego to ostatnie nie jest obowiązkowe.

Spora garść siekanej bazylii jest dobrym pomysłem. Alternatywnie nada się szczypior, pietruszka lub kolendra.

Teraz czas na jajka – je również ścieramy na tarce.

Wszystko solimy, pieprzymy i podlewamy hojnie oliwą. Sos mieszamy, po czym wrzucamy nań gorący makaron.

Mieszamy, na talerze przekładamy, szczyptą parmezanu ukraszamy i gotowe. Wspominałam już, że to danie idealne na lato? Nawet jak wspominałam, to nie zaszkodzi przypomnieć :-)

Dlaczego nie zostanę ukraińską matką

Zwykły wpis

Kiedyś kanapki jadłam wręcz nieustannie. Na śniadanie, na kolację, na drugie śniadanie w szkole, na mniejszy głód, na większy głód i obowiązkowo z serem. Jeśli myślicie, że to typowe dla całej słowiańskiej braci, to powiem Wam, że gdy Wojujący Proletariusz*, przez ukraińską matulę wychowany, wybrał się / wysłany został na kolonie do Polski, to załamany wrócił. Bo zamiast kaszki na śniadanie, ci polscy barbarzyńcy kanapki jedli. Cudem śmierci głodowej uniknąwszy wrócił nasz Proletariusz na mamine kaszki i dopiero wiele lat później ponownie odważył się do Polski zawitać. Na wszelki wypadek razem z resztą rodziny, aby w kryzysowych sytuacjach móc do mamy na miseczkę kaszy wstąpić.

Nie wiem czy kanapkowa niechęć Wojującego Proletariusza miała tu coś do rzeczy. W zasadzie nie wiem nawet kiedy to się stało. Nie była to rewolucja, a proces. Do zmiany tej doszło stopniowo, a przez to niepostrzeżenie. A jednak się stało. Kanapka niemalże znikła z mojego życia.

Teraz kanapkę co najwyżej zdarza mi się jeść. Najczęściej w charakterze suchego prowiantu podróżnego bądź kupionego w drodze do pracy śniadania. To jest fakt. Jednak nie taki do ubolewania nad. Bo odkąd nauczyłam się jako tako gotować, zwykła kanapka przestała być atrakcyjną opcją. Ale kto powiedział, że kanapka musi być zwykła? No w sumie nikt. Zapraszam zatem na kanapkę niezwykłą.

Bardzo udane połączenie – szparagi, jajko, bułka. Wykonanie jest proste i szybkie. Nagrzewamy piekarnik do 230 stopni i wstawiamy duży rondel z wodą na jajka.

Szparagi myjemy, odłamujemy zdrewniałe końcówki i układamy je jedną warstwą na blaszce. Dodajemy im charakteru poprzez skórkę z cytryny, dymkę i czosnek.

Jeszcze tylko solimy, skrapiamy oliwą i już możemy je wstawiać do piekarnika na około 8 minut. Jeśli szparagi są anorektyczne albo grubaśne może to być ciut mniej lub ciut więcej.

Teraz czas na jajko. Wodę z rondla solimy i zakwaszamy dwiema łyżkami octu. Jajka przygotowujemy do boju poprzez uprzednie rozbicie ich i umieszczenie w indywidualnych kwaterach.

Wrzucamy je szybciutko i bez zbytniego rozbryzgu na gotującą się wodę, zawijamy wąsy i gotujemy 4 minuty. Więcej o jajkach w koszulkach i alternatywie dla nich pisałam tu.

Gdzieś w międzyczasie robimy sos. Dowolny albo taki: majonez i jogurt mieszamy w równych proporcjach i zaprawiamy harissą w ilości  odpowiedniej dla indywidualnych upodobań.

Jeszcze tylko bułeczka – trzeba ją rozpłatać i na ostatnią minutę zapiekania szparagów wrzucić do piekarnika, aby nabrała nieco chrupkości i temperatury.

Ok, wszystko gotowe, pozostała nam tylko inżynieria wyższa, czyli złożenie kanapki w całość.

Najpierw bułeczka, której nie zaszkodzi wzbogacić jakąś zieleniną.

Następnie szparagi, gorące i dymiące, cudownie delikatne i jędrne dzięki intensywnej a krótkiej obróbce termicznej

Trochę sosu dla wzmocnienia konstrukcji

Następnie jajko

Kapka sosu z wierzchu i gotowe. Cud kanapka, która w moim osobistym rankingu wszelkie kasze i kaszki bije na głowę!

* Wojujący Proletariusz – przyjaciel nasz radosny, znany już być może niektórym stąd

Talerz rozkoszy

Zwykły wpis

Centkowa Mama kocha warzywa niepomiernie. Do historii przeszedł jej epizod z ogórkami. Bo w dobrym tonie w owych czasach było, by młodzież licealna najmowała się w państwowych gospodarstwach do pomocy. Oczywiście w sezonie wakacyjnym. Mojej Mamie przypadł w udziale zbiór ogórków. Pierwszego dnia wszyscy zapamiętale na przemian zbierali i chrupali ogórki. Drugiego dnia również. Po tygodniu ludzie zaczęli wymiękać i zaprzestawali chrupania na rzecz zbierania. Pod koniec wakacji jedyną osobą, która nie dość, że nadal na ogórki mogła patrzeć, to jeszcze nieustająco z wielkim zapamiętaniem je pożerała, była moja Mama.

Rodzicielka ma, paradoksalnie, swą wielką warzywną miłością wyrządziła mi lekką krzywdę. Bo ona, warzywa kochając bezwarunkowo i absolutnie, mogła je jeść prosto z ziemi. I takimi warzywami a’la naturelle próbowała mnie do tematu przekonać.  Tymczasem, ja mam trochę inne preferencje w tym zakresie i póki nie nauczyłam się odpowiednio doprawiać, podduszać, gotować i zapiekać, to na warzywa patrzyłam z rezerwą. No bo jak to tak? Pomidor bez soli? Surowy bakłażan? No da się, ale bez przyjemności.

Na szczęście ewoluowałyśmy obie. Moja mama warzywa lubi w każdej postaci, więc i przetworzone na milion smakowitych dań jej nie przeszkadzają. A ja odkryłam, że może nie w każdej formie, nie aż tak ortodoksyjnie jak ma rodzicielka, ale też je lubię. A z niektórymi przedstawicielami warzywnego rodu pokochałam się wręcz bardzo. Np. ze szparagami.

Sezon szparagowy jest zdecydowanie za krótki. Mało jest okazji by się doszparagować na cały rok. Dlatego gdy akurat szparagi są w obiegu, nie przetwarzam ich zanadto, nie miksuję w zupny krem, nie przyprawiam przesadnie. Za to podaję w towarzystwie smaków, które moim zdaniem ze szparagami się lubią. Tak by móc je poczuć i solo, i w orkiestrze.

Krokiem podstawowym jest obranie szparagów. Czynność to żmudna, ale niestety absolutnie konieczna.

Obranym szparagom ułamujemy zdrewniałą końcówkę i tak przygotowane łodyżki smażymy na mieszance masła i oleju, na średnim ogniu.

Do szparagów pięknie pasuje jajko. Najlepiej z płynnym żółtkiem. Jajko zapiekane w kokilce będzie wręcz idealne.

W towarzystwie szczypty soli i kleksa śmietany pakujemy jajko do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni na 10 minut.

Na patelni numer 2, z użyciem kapki oleju, podsmażamy na chrupko szynkę w typie szwarcwaldzkiej lub chudy bekon.

Gdy szynka podzieli się swym aromatem z olejem, dorzucamy na patelnię kilka grzanek i doprowadzamy je do złoto-brązowych rumieńców.

Gdy szparagi są już prawie gotowe dorzucamy jeszcze na szybkie przesmażenie garść pomidorków koktajlowych (albo grubsze plastry pomidora o tradycyjnych rozmiarach).

Jeszcze gdzieś między obsługą jednej i drugiej patelni robimy sos. Ja bardzo sobie chwalę kolendrę do szparagów, ale może być też szczypior, pietruszka, bazylia, oregano, itd. Zioło siekamy, z jogurtem i szczyptą soli mieszamy, i niniejszym wszystko, co na tym talerzu rozkoszy ma się znaleźć, jest gotowe.