Monthly Archives: Maj 2012

Kawa na ławę

Zwykły wpis

Dzisiaj sobie pojadę po tabu. A co! Wezmę na tapetę gusta i guściki. W bardzo konkretnej sferze, a nie tak ogólnie. Bo w kwestii kawy. Tak jak niektórzy nie mogą żyć bez wody, ja nie mogę żyć bez kawy. To znaczy prawdopodobnie nie mogę, bo nigdy nie próbowałam. Wszak nie ma co podejmować zbędnego ryzyka, prawda? W każdym razie kawę piję regularnie, od czasów niepamiętnych, przypuszczalnie poczynając od okresu prenatalnego. Bo centkowa mama również kawę wyżej od wody w hierarchii stawia.

No a skoro kawa mi towarzyszy zawsze, wszędzie i nieustannie, to chyba oczywiste jest, że mam swoje upodobania w tym zakresie. Bardzo proste upodobania. Żadne starbaksy, kofiheweny i inne przybytki nie mają szans podbić mego serca. Bo kawa ma mieć fusy. Fusy zalewamy wrzątkiem, odczekujemy chwilę by się zaparzyły, a następnie pijemy. To jest jedyna słuszna procedura. Mleko jest dla dzieci, a cukier do ciasta. Rzekłam.

Ale, ale. Nie myślcie o mnie źle, nie jestem faszystką – gości mogę poczęstować nawet neską (choć osobiście i skrycie uważam, że to nawet kawa nie jest). Poza tym, dopuszczam odstępstwa. W Podróży – bo picie i jedzenie po lokalesowemu jest elementem poznawania kraju – oraz z ciekawości – bo rutyna to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Dziś zatem, w ramach przełamywania schematów, walki z nudą i poszerzania horyzontów będzie kawa po ormiańsku.

Ormiańska kawa wyróżnia się sposobem przygotowania. Po pierwsze, idealny do niej jest tygielek. Z braku tygielka można się posłużyć wysokim i wąskim garnkiem.

Tygielek trzeba czymś wypełnić. Niewątpliwie bez kawy się nie obejdzie. Przyda się też kardamon.

Do tygielka wsypujemy po czubatej łyżce kawy, 2-3 roztłuczonych ziarenkach kardamonu i płaskiej łyżce cukru na osobę.

Zalewamy zimną wodą i stawiamy na niewielki ogień. Kawę trzy razy prawie zagotowujemy. Prawie – czyli zdejmujemy z ognia, gdy pojawiają się pierwsze symptomy wrzenia.  Odstawiamy na dziesięć minut do przestygnięcia, po czym czynność powtarzamy. Oczywiście pierwsze prawie zagotowanie, gdy zaczynamy od zimnej wody, zajmie najwięcej czasu. Dwa kolejne pójdą już szybko.

Teraz zostaje tylko rozlać kawę do filiżanek i delektować się nieśpiesznie, najlepiej z widokiem na jezioro Sevan. Albo chociaż słuchając radia Erewań ;-)

(a ja i tak uważam, że fusy zalane wrzątkiem są najlepsze)

Reklamy

Dowód nienaukowy z użyciem Kota i szpinaku

Zwykły wpis

Szpinak, jak wiadomo dzięki radzieckim naukowcom, jest nieocenionym źródłem żelaza. Ba! Ma go więcej niż gwoździe! Nie dziwi zatem historia marynarza Popeye o cudownie nieproporcjonalnym bicepsie, który doznawał przypływu sił nadprzyrodzonych wskutek konsumpcji szpinaku. Nie zdziwi pewnie nikogo również fakt, że chcąc rozbrykać ospałego Kota, chcąc wlać w niego odrobinę młodzieńczej swawoli i entuzjazmu, sięgnęłam właśnie po szpinak.

Dla przeprowadzenia eksperymentu konieczne były:

  1. Kot
  2. Szpinak

Biceps Kota nie uległ natychmiastowej przemianie. Przyczyny upatruję w różnicy fizjologii Kota i marynarza. Aby jednak nie przesądzać o wynikach badań zbyt wcześnie, postanowiłam dać szpinakowi trochę czasu by zadziałał na koci organizm.

Aby czasu oczekiwania nie marnotrawić, przeszłam od razu do eksperymentów na ludziach. Pomna, że Popeye jadł szpinak puszkowany, czyli przetworzony, odparowany, skoncentrowany, postanowiłam szpinak trochę podrasować. Truskawką, między innymi.

Dodatkowo garść truskawek maltretujemy na gęstym sicie i wydobywamy z truskawek nieco soku.

Do truskawkowego soku dolewamy w równej proporcji octu balsamicznego i gotujemy pospołu na maleńkim ogniu, aż uzyskamy gęsty esencjonalny krem.

Truskawkowe balsamico łączymy z oliwą w proporcji 1:1

Substancje te dzikimi wstrząsami łączymy w gładką emulsję, którą dodajemy do szpinaku z truskawkami.

Sałatkę, dla chrupkości, wzbogacamy o prażony sezam

Na koniec dodajemy kąski koziego sera

Eksperymenty na ludziach czas zacząć! Aplikujemy w towarzystwie kawałka przedniego pieczywa.

Uprzejmie donoszę, że skutki były następujące. Kot zdrzemnął się przed telewizorem (i to wcale nie dlatego, że dałam mu przykład). Za to Niesforny Mąż niespodziewanie odkurzył. Niniejszym nienaukowo zostało udowodnione, że szpinak pobudzająco działa tylko na mężczyzn. Bo Kot to kobieta.

Jedzenie dla guru sekty

Zwykły wpis

Pogoda wciąż dopisuje. O dziwo (jeśli wierzyć prognozom), to dopisywać będzie i w weekend. Słonko smaży, myśli nadal głowy się nie chcą trzymać, a żołądek wykazuje mniejsze zainteresowanie jedzeniem, niż w chłodne zimowe dni. Jest to niezbity dowód na to, że można się żywić energią solarną. Mistrzostwa w tym zakresie jeszcze nie osiągnęłam, nadal potrzebuję odrobiny tradycyjnego pożywienia, ale jeszcze chwileczka, jeszcze momencik, trochę udoskonalę technikę pozyskiwania kosmicznej mocy i będę mogła założyć własną sektę. Ponoć życie guru sekty jest całkiem przyjemne.

Nim dojdę do tego etapu muszę się jakoś wspomagać. A jak lato, to wiadomo – chłodnik. Bez chłodnika nie ma lata. W moim rodzinnym domu chłodnik zawsze był biały. Znaczy bez buraczków. Obowiązkowo na zsiadłym mleku. Ja jednak wolę słitaśną różową wersję. A wersji jest pewnie milion.

Do wersji różowej nieodzowne są buraczki. Już jest botwinka – najlepiej jej użyć. Ja jeszcze na burakach robiłam. Tak czy siak, buraczki trzeba umyć, obrać i pokroić. Najlepiej w rękawiczkach, bo inaczej można zostać zgarniętym przez nadgorliwych funkcjonariuszy z podejrzeniem popełnienia bardzo krwawego morderstwa.

Buraki ugotowałam w wodzie z dodatkiem soli, łyżki octu i szczypty cukru. Do dalszych czynności biorę (oczywiście) buraki, ale też trochę wody, w której się gotowały.

Wystudzone buraki miksuję na nieszczególnie gładkie pure. A wynika do z lenistwa. Nie chce mi się ich trzeć na tarce, a lubię gdy buraczane kawałki są wyczuwalne w chłodniku. Byle jakie miksowanie idealnie zadość czyni obu motywacjom.

Buraczaną masę mieszamy z jakimś nabiałem. Jakim konkretnie? Możliwości jest wiele. Ja najbardziej lubię do tego celu używać gęstego jogurtu naturalnego lub pół na pół lekkiej śmietany (12%) i zsiadłego mleka. Ale nada się też kefir i maślanka oraz kombinacje wszystkich powyższych. Ogólnie nabiału biorę drugie tyle co buraczanego pure.

Jeszcze korekta smaku – może trochę soli, może trochę pieprzu, odrobina cukru – trzeba sprawdzić. Za to obowiązkowo w chłodniku musi wylądować czosnek.

Baza gotowa, czas na suplementy. Wersja absolutnie podstawowa i niezbędna, bez której chłodnik dla mnie nie jest chłodnikiem, to ogórek, rzodkiewka i koper.

Na koniec w chłodniku musi wylądować jajko. Bez jajka się nie da.

Najlepsze jedzenie na lato! Najlepsze jedzenie na drodze do zostania guru sekty ;-) Pyszne, po prostu pyszne. A jak Wy robicie chłodnik?

Głowa pusta, za to tarta pyszna

Zwykły wpis

Mam taką teorię, że powyżej 30°C myśli przechodzą w stan gazowy i ulatniają się z głowy niepostrzeżenie. Po czym wnoszę? Ano dłubię dziś w mojej głowie w poszukiwaniu jakiegokolwiek punktu zaczepienia, jakiejkolwiek zajawki, śladu przemyśleń na tle jakimkolwiek – a tu próżnia. Pusto, aż echo niesie.  Nie będę więc maltretować klawiatury bez powodu i po prostu zaproszę Was na ciasto. Mogłam z nim poczekać do napływu weny, ale nie zrobię tego bo:

  1. ciasto jest pyszne, cudownie kontrastowo pyszne
  2.  jeśli takie temperatury się utrzymają, to sezon na rabarbar się skończy nim wena na mnie spłynie
  3. a ciasto jest zbyt pyszne, by się nim nie podzielić

Ciasto na tartę zagniatamy z 260 g mąki, 130 g zimnego masła, 65 cukru, 4 żółtek, szczypty soli i łyżki zimnej wody.

Ciastem wylepiamy formę. Dajemy całości schłodzić się pół godziny w lodówce.

Teraz naszej uwagi wymaga rabarbar. Czerwoniutki, kwaśniuteńki, grubaśny, dojrzały rabarbar, w ilości ok. 1 kg. Obieramy go i kroimy na mniejsze kawałki.

Miałam w domu kilka zabłąkanych truskawek, więc dodałam je do rabarbaru.

Ciasto już się schłodziło, można je więc piec. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni, ciasto obciążamy np. fasolą, pamiętając o wsadzeniu papieru między jedno a drugie. Raz o tym nie napisałam i zrobił się ambaras. Wyciągam wnioski Eulaliu :-)

Ciasto podpiekamy 10 minut, po czym wyciągamy celem wypełnienia. Rabarbar mieszamy z dwoma łyżeczkami skrobi i 50 g cukru, a następnie wykładamy na ciasto.

Zapiekamy ok. 25 minut – trzeba sprawdzić czy brzeg tarty się przyrumienił, a rabarbar stał zupełnie miękki.

Tarcie niestety należy dać przestygnąć. Niestety, bo zajmuje to dłuższą chwilę, a w międzyczasie tarta absolutnie złośliwie produkuje boski zapach. A jak już wystygnie, to dekorujemy ją kremem zrobionym z 200 g ubitej śmietanki (30-36%) połączonej z 400 g serka mascarpone i 50 g cukru pudru.

Odrobina mięty dla podniesienia walorów artystycznych nie zaszkodzi.

Talerz rozkoszy

Zwykły wpis

Centkowa Mama kocha warzywa niepomiernie. Do historii przeszedł jej epizod z ogórkami. Bo w dobrym tonie w owych czasach było, by młodzież licealna najmowała się w państwowych gospodarstwach do pomocy. Oczywiście w sezonie wakacyjnym. Mojej Mamie przypadł w udziale zbiór ogórków. Pierwszego dnia wszyscy zapamiętale na przemian zbierali i chrupali ogórki. Drugiego dnia również. Po tygodniu ludzie zaczęli wymiękać i zaprzestawali chrupania na rzecz zbierania. Pod koniec wakacji jedyną osobą, która nie dość, że nadal na ogórki mogła patrzeć, to jeszcze nieustająco z wielkim zapamiętaniem je pożerała, była moja Mama.

Rodzicielka ma, paradoksalnie, swą wielką warzywną miłością wyrządziła mi lekką krzywdę. Bo ona, warzywa kochając bezwarunkowo i absolutnie, mogła je jeść prosto z ziemi. I takimi warzywami a’la naturelle próbowała mnie do tematu przekonać.  Tymczasem, ja mam trochę inne preferencje w tym zakresie i póki nie nauczyłam się odpowiednio doprawiać, podduszać, gotować i zapiekać, to na warzywa patrzyłam z rezerwą. No bo jak to tak? Pomidor bez soli? Surowy bakłażan? No da się, ale bez przyjemności.

Na szczęście ewoluowałyśmy obie. Moja mama warzywa lubi w każdej postaci, więc i przetworzone na milion smakowitych dań jej nie przeszkadzają. A ja odkryłam, że może nie w każdej formie, nie aż tak ortodoksyjnie jak ma rodzicielka, ale też je lubię. A z niektórymi przedstawicielami warzywnego rodu pokochałam się wręcz bardzo. Np. ze szparagami.

Sezon szparagowy jest zdecydowanie za krótki. Mało jest okazji by się doszparagować na cały rok. Dlatego gdy akurat szparagi są w obiegu, nie przetwarzam ich zanadto, nie miksuję w zupny krem, nie przyprawiam przesadnie. Za to podaję w towarzystwie smaków, które moim zdaniem ze szparagami się lubią. Tak by móc je poczuć i solo, i w orkiestrze.

Krokiem podstawowym jest obranie szparagów. Czynność to żmudna, ale niestety absolutnie konieczna.

Obranym szparagom ułamujemy zdrewniałą końcówkę i tak przygotowane łodyżki smażymy na mieszance masła i oleju, na średnim ogniu.

Do szparagów pięknie pasuje jajko. Najlepiej z płynnym żółtkiem. Jajko zapiekane w kokilce będzie wręcz idealne.

W towarzystwie szczypty soli i kleksa śmietany pakujemy jajko do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni na 10 minut.

Na patelni numer 2, z użyciem kapki oleju, podsmażamy na chrupko szynkę w typie szwarcwaldzkiej lub chudy bekon.

Gdy szynka podzieli się swym aromatem z olejem, dorzucamy na patelnię kilka grzanek i doprowadzamy je do złoto-brązowych rumieńców.

Gdy szparagi są już prawie gotowe dorzucamy jeszcze na szybkie przesmażenie garść pomidorków koktajlowych (albo grubsze plastry pomidora o tradycyjnych rozmiarach).

Jeszcze gdzieś między obsługą jednej i drugiej patelni robimy sos. Ja bardzo sobie chwalę kolendrę do szparagów, ale może być też szczypior, pietruszka, bazylia, oregano, itd. Zioło siekamy, z jogurtem i szczyptą soli mieszamy, i niniejszym wszystko, co na tym talerzu rozkoszy ma się znaleźć, jest gotowe.

Kopernik była kobietą

Zwykły wpis

Niesforny Mąż złożył zamówienie na sałatkę szopską. Niesforny Mąż zamawiający sałatkę jakąkolwiek to zjawisko dość niezwykłe, bowiem jest z niego zatwardziały mięsożerca. Wielbiący towarzystwo węglowodanów. A tu taka zachcianka mu się pojawiła! Przyjęłam to bez polemiki.

Sałatka szopska, jak to sałatki mają na ogół w zwyczaju, wymaga wizyty w warzywniaku. Poszłam więc tamże. Wchodzę i widzę, że piękne pomarańcze kuszą i nęcą swymi krągłościami. Na pierwszy rzut oka widać, że to kobiety. A podpis głosi pomarańcz. I nie, nie była to pomyłka, nie była to zgubiona przez nieuwagę końcówka. Było to działanie z premedytacją, podsycane przez latające wokół pomarańcz dziś słodziutka, pół kilo pomarańcz i ten pomarańcz nie ma pestek.

Nie mogłam uratować wszystkich. Ale kilka sztuk wyrwałam spod szowinistycznego męskiego jarzma. A Niesforny Mąż, chcąc nie chcąc, musiał się przyłączyć do feministycznego frontu, bo sałatki szopskiej nie było. Była sałatka z pomarańczą. pomarańczą.

Coś podobnego widziałam u Pascala, aczkolwiek było to dawno, przepisu przy sobie nie miałam, a pomarańcze trzeba było ratować. Wyszła więc improwizacja na bazie pascalowego przepisu. Zaznaczę, że pyszna improwizacja.

Na początek potrzebna będzie sałata. Jeden rodzaj albo miks.

Do sałaty dodajemy miętę. Dużo, dużo listków mięty. Można też bazylię, ale przede wszystkim chodzi o miętę.

Krok numer trzy – wrzucamy uprażone na suchej patelni płatki migdałowe.

Ciach, ciach, ciach i plastry czerwonej cebuli lądują na wierzchu.

I teraz nadchodzi czas na wyzwolone pomarańcze. Trzeba z nich wyciąć „filety”. W tym celu pomarańczę ścinamy z góry i dołu, tak by swobodnie stała. Następnie ostrym nożem ścinamy skórkę, starając się usunąć białą błonkę.

Z obranej pomarańczy wykrawamy fileciki, czyli cząstki bez skórki.

Fileciki układamy na sałacie. A z tego co z pomarańczy zostało wyciskamy sok, który będzie stanowił bazę sosu.

Sos robimy z rzeczonego soku pomarańczowego oraz oleju / oliwy. Idealnie będzie pasował olej orzechowy, np. arganowy, ale z oliwą też nie będzie źle. Wlewamy sok i olej do słoiczka, wrzucamy szczyptę soli i pieprzu i rozpoczynamy dzikie wstrząsy, a’la szalony barman.

I wreszcie czas na wielki finisz. Czyli rumiany kozi ser. Taki z gatunku dojrzewających. Idealny byłby jeden duży plaster na osobę, ale ja miałam akurat chudziutki kawałek sera, więc kawałków dałam kilka.

Plastry sera przypiekamy na suchej patelni, aż będą pięknie złoto-brązowe.

Ser układamy na sałacie i gotowe. Potwornie pyszne.

Spoko Maroko :-)

Zwykły wpis

Wyjechałam raptem na chwilę. Na krótki moment wycofałam się z obiegu. A wystarczyło. Już życia, które w międzyczasie niestrudzenie się toczyło, nadgonić nie mogę. Zaległości mam na każdym możliwym polu. Kot uparcie twierdzi, że nadal deficyt czułości odczuwa. Ilość nieprzerobionego prania mogłaby sugerować, że dzielę mieszkanie z czteropokoleniową, niezwykle dzietną rodziną. Ilość nieprzeczytanych postów na śledzonych przeze mnie blogach zrównała się z populacją Chin. A z tym, że wyśpię się dopiero na emeryturze, to akurat zdążyłam się pogodzić.

A to wszystko przez maj. Mówię Wam, zapamiętajcie me słowa, przyjdzie kiedyś taki maj, którego w końcu nie przeżyję. No bo to przekracza możliwości doby i wątroby. Maj zaczyna się majówką, a potem płynnie przechodzi w urodzinowy festiwal. Mamy dopiero połowę miesiąca, a już postarzeć zdążyło się Maleństwo, Niesforny Mąż, Ryś, Wojujący Proletariusz i Dziołcha. Do tego dochodzi otwarcie sezonu grilowego, skwerkowego, działkowego, rowerowego i pewnikiem jeszcze jakiś dzień górnika oraz malarza pokojowego w kalendarzu figuruje. Dobrze, że przynajmniej boże ciało w tym roku odroczyli na czerwiec.

A tak być nie powinno. Wszak rabarbar zakiełkował. Przecież szparagi wynurzyły się z ziemi.  Trzeba się rzucić na nowalijki, powitać je radośnie i schrupać zachłannie. Nachapać witamin i nadgonić słoneczne niedobory. A tu czasu brak. A jak już się chwilka znalazła, to dałam nura we wspomnienia i marokańskie klimaty zaczęłam zgłębiać, za sprawą mini książeczki wyszperanej gdzieś nad brzegiem oceanu. Książeczka nie jest pierwszego sortu, ale jako jedyna o kuchni marokańskiej traktowała w znanym mi narzeczu. Trochę musiałam się wspomagać intuicją i wspomnieniem smaku oryginału. Wyszło dobrze.

Couscous, czyli, ułatwiając sobie życie, kuskus z dodatkiem warzyw i mięsa, to absolutnie podstawowe danie, jedzone na każdym kroku, zarówno przez lokalesów, jak i żądnych marokańskich smaków turystów. Zrobić je łatwo, więc nie ma się przed czym bronić.

Ortodoksyjny muzułmanin pewnie by się przeżegnał lewą nogą jakby to zobaczył, ale postanowiłam użyć wieprzowiny. Nie ma przeciwwskazań, aby wziąć wołowinę, a z jagnięciną to już byłby cymes. W każdym razie zaczynamy od mięsa, które kroimy na mniejsze kawałki. Kilogram mięsa będzie w sam raz.

Ponadto potrzebna nam będzie łyżka harissy, posiekany ząbek czosnku i posiekany korzeń pietruszki, z którymi zasmażamy mięso na oleju, aż się zrumieni ze wszystkich stron.

Następnie dodajemy przyprawy: łyżeczkę czubatą soli, nieczubatą łyżeczkę pieprzu, takąż łyżeczkę kuminu oraz szczyptę szafranu.

Oprócz przypraw dodajemy wodę – tyle by mięso było przykryte – oraz łyżeczkę pasty pomidorowej i gotujemy całość pod przykryciem przez 1,5 godziny.

Po tym czasie wrzucamy na wierzch garnka, tak by leżały na powierzchni, pokrojone w cieńsze paski marchewki i rzepę (po 2-3 sztuki). Rzepy, mimo szczerych chęci, nie udało mi się zastać w sklepie. Użyłam zupełnie niezbliżonej w smaku pietruszki. Było też smacznie, ale inaczej. Jeśli tylko macie dojścia do rzepy, to właśnie jej użyjcie. Garnek na powrót przykrywamy.

Po dwudziestu minutach dorzucamy cukinię pokrojoną na wzór marchewek i dusimy jeszcze 15 minut. W międzyczasie przygotowujemy kuskus – wedle instrukcji na opakowaniu. Od siebie dodajemy kapkę oliwy.

I teraz zaczynają się zajęcia artystyczne. Kuskus formujemy w kopczyk, który to kopczyk obkładamy warzywami. Na górze ma się znaleźć mięso, więc kopczyk taki raczej płaski niż szpiczasty robimy.

No i w końcu, jak wspomniane zostało, mięsko na górę wykładamy. Samo mięso – bez sosu. Ten podajemy w osobnej miseczce, aby każdy wedle własnego uznania kuskus sobie nawadniał. Proste i pyszne. Maroko nie mogło mi nie zasmakować. Bo Maroko jest spoko :-)