Category Archives: Obiad / kolacja

Obustronny zachwyt i szparagi

Zwykły wpis

Ale się porobiło! Dobrze, że mamy akurat najdłuższe dni roku, bo inaczej nie pomieściłyby natłoku wydarzeń. Rozrywka goni rozrywkę, spotkania rozkosznie towarzyskie się piętrzą, a do tego wszystkiego podróże kolejne odbywać trzeba. Bo jak się bilet kupiło, to pojechać trzeba, prawda? Nawet jak się planowało podróż w Przekornym Kajtkiem, a celem był Stambuł, tak? No właśnie… Ale! Zwykłe zorganizowane i nudne wycieczki nigdy mnie nie kręciły, a poza tym uznaliśmy, że telewizja na pewno kłamie. I wiecie co? Ona naprawdę kłamie!

I żeby nie było, wcale nie twierdzę, że na placu Taksim nic się nie dzieje. Że nie ma protestów, że armatki wodne i gaz łzawiący nie poszły ani razu w ruch. Ale powtarzające się nagłówki, że cały Stambuł wrze i że przez Turcję przechodzi rewolucja, były, delikatnie mówiąc, mocno przesadzone. Taktycznie postanowiliśmy ominąć problematyczny plac, bo w końcu trochę rodzicielskiej odpowiedzialności gdzieś głęboko we mnie drzemie. W efekcie nie widzieliśmy ani jednego demonstranta i ani jednego policjanta. Serio. A jednocześnie cały czas śledziłam nagłówki w polskich gazetach. Oj jakże mocno stały one w sprzeczności z tym, co widziałam na własne oczy! Czyli potwierdzone – media kłamią.

Bo w Stambule nie tylko uszczerbku na zdrowiu nie doznaliśmy, ale wręcz przeciwnie – wypoczęliśmy i unurzaliśmy się po pachy w cudownej, leniwo-chaotycznej atmosferze miasta. W czasie gdy my zachwycaliśmy się Stambułem, Stambuł zachwycał się nami. No może nie tyle nami, co jednym z nas. Bo Przekorny Kajtek, który wygląda już jak ludzik Michelin, zawojował Turków i Turczynki swoimi białymi fałdeczkami – kolejki by zrobić sobie z nią zdjęcie były dłuższe niż do misia na Krupówkach ;-) No i jeszcze ich uliczne jedzenie! Trawestując wiesza:

Ktokolwiek będziesz w tureckiej stronie

pod bosforskiej cieśniny brzegi podjechawszy

pomnij by minąć mostowe restauracje

i balik ekmek zjeść od ulicznego sprzedawcy!

:-)

2013-06-24-01

No.

Ale wróciliśmy, a na wspomnieniach człowiek długo nie pociągnie. Jednak trzeba jeść. A co jeść? Wiadomo – szparagi – to już ich ostatnie chwile na straganach.

Cooking&eating

Podsmażamy dymkę i czosnek na niewielkiej ilości oliwy.

Cooking&eatingDorzucamy umyte, pozbawione zdrewniałych końcówek i pokrojone na mniejsze kawałki szparagi. Smażymy kilka minut.

Cooking&eatingSkrapiamy je cytryną, solimy i pieprzymy.

Cooking&eatingDorzucamy pół pęczka pietruszki, a następnie robimy łyżką zagłębienia w szparagowej siekance. W zagłębienia wbijamy jajka. Każde jajko trzeba jeszcze ciut dosolić z wierzchu.

Cooking&eatingPrzykrywamy garnek i trzymamy wszystko na ogniu do czasu gdy jajka zetną się w pożądanym stopniu. Podsypujemy resztą pietruszki i wcinamy ze smakiem. Pycha!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Być jak Pomysłowy Dobromir

Zwykły wpis

I kiedy myślę sobie, że to już nie ma sensu, że już nie dam rady, że na kolejnym zakręcie to już spektakularnie wywinę orła, no bo rąk brakuje, a ewolucja spłatała nam takiego psikusa, że stopy chwytne utraciliśmy, to się okazuje, że jakiś szatański pomysł, że jakaś myśl drobna gdzieś w czeluściach zwojów kiełkująca sprawia, że jednak będzie inaczej.

No bo przypomniało mi się coś pysznego. A potem się okazało, że nie dość że odnóży mi nie starczy na blendowanie sosu, to jeszcze nerkowców w domu nie mam. I już prawie się udało, już niemalże ulatniała się ta chęć rozpieszczania kubków smakowych, gdy jednak drzemiący we mnie młody wynalazca orzekł, że da się. I nie, wcale nie wyhodowałam naprędce dodatkowych kończyn. Po prostu wpadłam na skrót genialny w swej prostocie i pyszności. Zamiast orzechów w swej naturalnej postaci użyłam kremowego masła orzechowego. Wyszło obłędnie pysznie. Bo wiadomo – pysznie być musiało, inaczej cała ta zabawa nie miałaby sensu.

Cooking&eatingCurry orzechowe z kurczakiem w tej wersji robi się szybko i prosto. Na początek siekamy chili, czosnek i dymkę.

Cooking&eatingPodsmażamy wszystko krótko na niewielkiej ilości tłuszczu, a następnie dodajemy łyżkę sporą garam masali. No chyba, że macie jakąś bardzo ostrą mieszankę, to wtedy trochę mniej.

Cooking&eatingGdy przyprawy rozwiną swój aromat dorzucamy kurczaka – skrojony w grubą kostkę podwójny filet z piersi. Obtaczamy go dokładnie w zawartości rondla i podsmażamy 2-3 minuty.

Cooking&eatingTeraz czas na masło orzechowe – dorzucamy go solidną łychę

Cooking&eatingDajemy mu chwilę aby połączyło się z przyprawami, a my w tym czasie sięgamy po śmietankę kokosową – małą puszkę czyli 125 ml.

Cooking&eating

Cooking&eating

Kurczaka dusimy w śmietance ok. 20 minut. Jeśli zbyt wiele wody odparuje, możemy sos troszkę rozrzedzić. I tyle. Prawda że szybko? A jak smakowicie! Dzięki ci opatrzności za masło orzechowe!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Karczoch na dachu czy w garści?

Zwykły wpis

Zasadniczo jestem podobna do taty. Tak pod względem charakteru, jak i z fizjonomii. A jednak istnieje niezaprzeczalny dowód, że i z mamą jestem spokrewniona. Otóż obie mamy tą przeklętą umiejętność, by spośród wszystkich rzeczy w sklepie wystawionych, kierując się li tylko gustem, bez podglądania cen, wybrać w jakiś cudowny sposób akurat tą najdroższą.

Prawdopodobnie w tym właśnie tkwi źródło mojej dziwnej słabości do karczochów – wszak ich ceny w Polsce są absolutnie absurdalne. Bo kto to widział, żeby jedna sztuka, której na dodatek połowa ląduje w śmietniku w toku przygotowań, kosztowała np. 9 zł? Jest to oczywisty rozbój w biały dzień i na ogół wobec takiego stanu rzeczy unoszę się dumą i odchodzę obrażona. Z karczochem na dachu, zamiast w garści.

No a jak już wiecie podczas ostatniej włoskiej wyprawy skoczyłam do warzywniaka i pobuszowałam wśród flory, trafiając przy tym nie tylko na kwiaty cukinii, ale i na karczochy w cudownej cenie 1 € za kilogram. Oczywiście kupiłam. I przywiozłam. I w końcu wypróbowałam przepis Jamiego Oliviera na risotto z karczochami. Może to niezbyt trwała pamiątka z podróży, ale i tak było warto ;-)

2013-04-28-01Karczochy, czy to do risotta, czy też dla celów innych, przygotowuje się łatwo. Trzeba tylko wiedzieć o paru rzeczach.

2013-04-28-02Najlepiej kupować zielone. Jak widzicie mi się to nie udało. No cóż – akurat nie sezon, więc nie wybrzydzałam. Zanim weźmiemy się za karczochy przygotowujemy miskę z wodą, do której wciskamy sok z jednej cytryny. Dopiero gdy woda jest na podorędziu przystępujemy do maltretowania kwiatów. Karczochy pozbawiamy 2-3 warstw zewnętrznych liści.

2013-04-28-03Zbędne liście odcinamy nożem u podstawy. Jeśli macie wątpliwość czy usunąć więcej czy mniej liści – lepiej więcej. Zewnętrzne liście są łykowate i przez to praktycznie nie jadalne, a co najmniej bardzo nieprzyjemne w konsumpcji. Następnie odcinamy czubek. A nawet nie tyle czubek, co z 1/3 karczocha.

2013-04-28-04

2013-04-28-05

Jeśli np. chcecie karczochy zapiekać w całości, to sam środeczek trzeba wydrążyć. Mi nie zależało na pozostawieniu ich w jednym kawałku, więc przecięłam je na pół i wtedy środeczek usunęłam nożem.

2013-04-28-06

Tak sprawione karczochy (u mnie 4 nieduże) od razu wrzucamy do miski z cytrynową wodą – to je chroni przed ściemnieniem.

2013-04-28-07Ok. Najbardziej kłopotliwa część za nami. Teraz już będzie z górki. Siekamy karczochy na paski (tak jak się kroi cebulę w pióra). Na łyżce oliwy szklimy posiekany ząbek czosnku, dodajemy karczochy, 2-3 łyżki wody i sok z połówki cytryny. Dusimy niespiesznie do miękkości, co potrwa ok. 10-15 minut.

2013-04-28-08W międzyczasie robimy risotto bianco, czyli podstawową wersję risotta. A jak risotto, to wiadomo – zaczynamy od podsmażenia drobno zsiekanych: 2 ząbków czosnku, 1 cebulki i 1-2 łodyg selera naciowego.

2013-04-28-09Do zeszklonych warzyw dodajemy 100 g ryżu do risotto (np. odmiana arborio) i smażymy całość 2 minutki. Po tym czasie wlewamy do ryżu ok. pół kieliszka wina (50-75 ml). Białego, wytrawnego lub pół.

2013-04-28-10Potem, jak to przy risotto, podlewamy ryż wrzącym bulionem, chochelka po chochelce, wlewając kolejną dopiero wtedy, gdy poprzednia się wchłonie. Przez ten cały czas ryż mieszamy. Czynność kontynuujemy, aż ryż będzie prawie gotowy, taki jeszcze ciut, ciut zbyt al dente. Gdy osiągniemy ten poziom dorzucamy sporą kupkę świeżo utartego parmezanu i łyżkę masła.

2013-04-28-11I gdybyśmy chcieli poprzestać na risotto bianco, to byśmy już byli w domu. Ale jako że jest to risotto z karczochami, to dorzucamy jeszcze nasze uduszone karczochy. Mieszamy wszystko szybciutko, gaz pod rondlem wyłączamy i pokrywką przykrywamy. Trzymamy przykryte 2-3 minutki, aby risotto doszło. I tyle! Choć może jeszcze coś – odrobina parmezanu na wierzchu. Ale teraz to już na serio koniec. Można jeść!

2013-04-28-12

2013-04-28-13

2013-04-28-14

Toskański bukiet

Zwykły wpis

Przyznam się do czegoś. Nie polubiłam Włoch. Nie zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Nie zrozumiałam na jakim tle te ochy i achy są generowane. Sjestę uznałam za wynalazek szatana – bo czy to normalne, żeby zamykać knajpy właśnie wtedy, kiedy człowiek najbardziej potrzebuje obiadu? A opłata serwisowa za klapnięcie umęczonym tyłkiem na krzesło przy piciu espresso? Toż to zbrodnia w biały dzień! I te tłumy, dzikie tłumy turystów, nawet najbardziej poza sezonem, jak tylko się da, czyli w styczniu. No.

Ale. Nie bez powodu czas przeszły w powyższym akapicie rozbrzmiewa. Się okazało, że mnie po prostu zmęczył Rzym. Piękny on, a i owszem, ale męczący, nieprzyjazny i z zadartym nosem. Zwłaszcza wobec punktu odniesienia – prosto z Rzymu pojechaliśmy do Barcelony, która była rozkosznie urocza i duszę swą przed nami otworzyła od razu. Po drugie, od czasu Rzymu jeszcze parę innych miejsc w słonecznej Italii dane było mi zobaczyć i przyznam to. Publicznie.

Myliłam się. Lubię Włochy.

A niezależnie od mych ewoluujących uczuć względem kraju, to od zawsze uznaniem darzę kuchnię włoską. Pasta w formach wszelakich często gości na mym stole, pizze równie chętnie samodzielnie wypiekam, a bruschetty nader gorliwie chrupię. I tylko jedna sprawa mi się we włoskiej kuchni nie podoba. A mianowicie to, że niektóre jej składniki są u nas dostępne trudno lub wcale. Wobec powyższego nie powinno Was zdziwić, że z ostatniej wyprawy, tym razem pod toskańskie niebo, przywiozłam właśnie kuchenne ingrediencje. Kwitnące na dodatek.

Cooking&eatingKwiaty cukinii, bo o nich mowa, z jakiś względów w Polsce są praktycznie niedostępne. No chyba, że ma się znajomego działkowicza, który na dodatek hoduje cukinie. Bo w sklepie ich raczej nie znajdziecie. A jeśli znajdziecie, to ja poproszę o adres tego sklepu :-)

Cooking&eatingJeśli podstawową przeszkodę, czyli dostępność składników, pokonacie, to dalej jest już z górki. No bo zobaczcie sami jakie to proste: 250 g ricotty mieszamy ze sporą garścią ziół wszelakich (mięta, bazylia, pietruszka, tymianek, szczypior, oregano, a najlepiej mix zielska)

Cooking&eatingDo ziołowego serka dodajemy 50 g tartego parmezanu

Cooking&eatingDoprawiamy twarożek solą, pieprzem i gałką muszkatołową oraz skórką otartą z jednej cytryny.

Cooking&eatingRicottową masą nadziewamy kwiaty cukinii. Mi najwygodniej robiło się to szprycą z tylką o szerokim otworze.

Cooking&eatingMasy starcza na nadzianie 12-16 kwiatów (zależy od ich wielkości i tego ile nadzienia jesteśmy w stanie napakować do środka)

Cooking&eatingKwiatkom dajemy na chwilę spokój i bierzemy się za sos. Siekamy szalotkę i czosnku ze dwa ząbki. Wrzucamy to na odrobinę oliwy i podsmażamy do szklistości. Dodajemy pomidory – pół kilo obranych ze skóry świeżych lub (co jest lepszym rozwiązaniem tą porą roku) puszkowanych.

Cooking&eating

Solimy sos, pieprzymy go również, dorzucamy garść czarnych oliwek. Brutalną siłą rozgniatamy pomidory i dusimy całość z 5 minut. Do tak przygotowanego sosu wkładamy delikatnie nadziane kwiaty

Cooking&eatingSkrapiamy kwiaty oliwą, przykrywamy rondel i dusimy wszystko 15-20 minut. Na koniec skrapiamy cytryną i gotowe.

Cooking&eatingŁomatuchno jakie to pyszne! I takie bardzo włoskie w smaku :-)

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Gdybym sobą nie była

Zwykły wpis

Gdybym nie była sobą, życie byłoby wygodniejsze. Zamiast dźwigać plecak i tłuc się lokalnymi autobusami w towarzystwie drobiu, miałabym walizeczkę na kółkach, klimatyzację i all inclusive. Co prawda ominęłoby mnie poznanie nepalskiego profesora ekonomii, bardzo zaciekawionego okresem transformacji w Polsce, mnicha, który zaprosił nas do zwiedzenia swojego (niedostępnego dla turystów) klasztoru czy wenezuelskiego taksówkarza, który zamiast normalnie, bo zbójecku, sprzedać nas handlarzom nerek, na migi wytłumaczył nam zawiłe kwestie bezpieczeństwa w Caracas. No fakt, ominęłoby mnie to, ale byłoby wygodniej.

Gdybym nie była sobą, życie byłoby tańsze. Oprócz wspomnianych podróży, które za sprawą promocji lotniczych nie do odpuszczenia regularnie zmuszają do opróżniania ledwo podratowanego konta oszczędnościowego, w czarną dziurę finansową wpędzają mnie wizyty w sklepach z artykułami gastronomiczno-kuchennymi. Bo akurat była trawa cytrynowa, rzucili świeżego tuńczyka i nie wiadomo skąd na półce odnalazła się melasa. A ten wihajster do robienia wzorków na rzodkiewkach, to był absolutnie niezbędny. Oj tańsze by było życie. Może mniej ekscytujące, ale tańsze.

Gdybym nie była sobą, to życie byłoby po prostu prostsze. I może wyciągałabym wnioski z własnych błędów, choćby po to, by nie popełniać ich ponownie. Ale jestem w 100% sobą. Więc znowu wzięłam się za ravioli mimo absolutnie niesprzyjających okoliczności. Charakter okoliczności był zupełnie inny niż ostatnio, ale efekt zbliżony – ukończenie rozpoczętego dzieła wymagało jedynie umiejętności manipulowania czasem i stawania na rzęsach. I nie, nie jestem skończoną masochistką. Wręcz przeciwnie. Hedonizm w czystej postaci przeze mnie przemawia. Bo całe te przydrożne niedogodności umykają w mgnieniu oka wobec efektu finalnego. To po prostu jest pyszne!

Cooking&eatingRobienie ravioli, jak każdych innych pierogów, zacząć wypada od nadzienia, by do czasu lepienia temperatury je pozbawić. Bierzemy zatem parę garści szpinaku (ok. 200 g) i dusimy w niewielkiej ilości wody do miękkości. Trwa to raptem 5 minut, nie więcej.

Cooking&eatingSzpinak porządnie osączamy i siekamy

Cooking&eatingDo rozdrobnionego szpinaku dorzucamy 100 g ricotty oraz 1 jajko

Cooking&eatingPrzyprawiamy nasze nadzienie gałką muszkatołową, solą i pieprzem

Cooking&eatingDo przyrządzania farszu jeszcze wrócimy, ale teraz czas na ciasto. Na osobę bierzemy 100 g mąki (najlepiej z pszenicy durum) i 1 jajko oraz szczyptę soli. Zagniatamy szybko na elastyczne ciasto. Jeśli to konieczne dodajemy 1-2 łyżki wody lub jeszcze troszkę mąki. Ciasto rozwałkowujemy najcieniej jak to możliwe. Jeśli macie maszynkę do makaronu, to nie wahajcie się jej użyć. Jeśli nie macie, to moim sposobem prężcie muskuły wymachując wałkiem.

Cooking&eating

Gdy ciasto jest już odpowiednio cienkie (lub siły do dalszego wałkowania brak) wracamy do nadzienia – podsypujemy je parmezanem, który wchłonie wodę puszczaną przez szpinak. Bo szpinak, choćby najlepiej odsączony, zawsze trochę wody puści. 1-2 łyżki parmezanu pomogą na tę dolegliwość.

Cooking&eatingPorcje farszu wielkości orzecha włoskiego układamy na płacie ciasta. Wolne przestrzenie smarujemy odrobiną mleka i przykrywamy całość drugim płatem. Dociskamy warstwy ciasta do siebie w odstępach między porcjami farszu i rozcinamy na eleganckie pierożki.

Cooking&eatingRavioli gotujemy w osolonej wodzie do miękkości. A w czasie gdy się gotują podsmażamy liście pietruszki na maśle.

Cooking&eatingPolewamy pierożki pietruszkowym masłem i zatapiamy zęby w niebiańskim ravioli. Pycha!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Kaczka, wcale nie dziwaczka

Zwykły wpis

Nad rzeczką, opodal krzaczka, mieszkała kaczka. Wcale nie dziwaczka. Po prostu postępowa była i nie wahała się latać obok klucza, zamiast w nim. Była ambitna i chętnie się uczyła – oprócz kwa, kwa swobodnie używała też quack quack i kra kra (jakby ktoś nie wiedział, to rosyjskie kaczki kraczą :-) ). Nie spieszyła się ze składaniem jaj, chciała najpierw popływać trochę po nie znanych wodach, polatać po nieznanym niebie. I ogólnie gwizdała na konwenanse. O ile dziobem da się gwizdać.

Bulwersowała się na to starszyzna plemienia. Bo jak to tak można! Skąd u nas taki odszczepieniec? Przecież u nas, nad polską rzeczką, opodal polskiego krzaczka, takie rzeczy są nie do pomyślenia. U nas kaczki grzecznie tarzają się w majeranku, nadziewają jabłuszkami i posłusznie siedzą w piekarniku do rumianej skórki. Taki jest odwieczny porządek rzeczy i nikt nam go burzyć nie będzie. Pod groźbą oskubania.

Ale nasza kaczka, wcale nie dziwaczka, była nieugięta. A jak ktoś się uprze, to wiadomo, nie ma siły. No i ominął ją majeranek, jabłuszka na jej drodze nie stanęły. Skończyła w oregano. W towarzystwie fig. Skąpana w winie. Wśród zachwytów i aplauzu. Oraz drobnego pomlaskiwania ;-)

Cooking&eating

Aby kacze marzenia ziścić prócz kaczych nóżek należy sięgnąć po rzeczone figi, oregano i wino. Ponadto jedynie sól będzie potrzebna.

Cooking&eatingNóżki dokładnie nacieramy solą i ziołem, by aromat je otulił z każdej strony

Cooking&eating

Następnie pakujemy mięso do rękawa i podlewamy czerwonym wytrawnym winem – ok. 100 ml wystarczy.

Cooking&eating

W następnym kroku pakujemy mięso do piekarnika – w 180 stopniach ptaszysko powinno posiedzieć przynajmniej godzinę, ewentualnie ciut dłużej jeśli odmawia mięknięcia. A gdy już zmięknie, to wyciągamy je z piekarnika, odsączamy z tłuszczu i kładziemy skórą do dołu w rozgrzanym rondlu.

Cooking&eatingW czasie gdy kacza skórka się rumieni przekrawamy 4 figi na pół

Cooking&eatingKaczkę przewracamy rumianą skórką do góry, figi układamy dookoła mięsa przekrojem do dołu i podlewamy wszystko winem – znowu ok. 100 ml

Cooking&eatingTrzymamy ten ambaras pod przykryciem na średnim ogniu przez ok. 15 minut lub do czasu aż figi zmiękną, a wino zredukuje swą objętość o połowę. I gotowe. Myślę, że nawet najbardziej ambitna kaczka byłaby zadowolona z takiego obrotu spraw :-)

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eatingJest to mocno zmodyfikowana wersja przepisu Nigela Slatera.

 

 

Gdyby Włosi mieli skośne oczy

Zwykły wpis

Coś mi się kołacze po głowie, że gdzieś kiedyś słyszałam, jak ktoś komuś mówił, że ktoś inny słyszał, że tamten czytał, że za lasami, za górami są takie dzieci, które w dzień śpią. Przekorny Kajtek zdecydowanie pochodzi od innej małpy.  Zdaje się, że od tej samej co ja. Centkowa Mama do dziś wzdryga się na wspomnienie mojego dzieciństwa. Uprzedzając domysły i wredne komentarze, od razu w tym miejscu wyjaśnię, że li tylko o moją niechęć do snu chodziło. Bo spałam raptem 3 (słownie trzy) godziny na dobę, a moi biedni rodzice, chcąc nie chcąc, spali równie mało. No a że karma to suka, to nie mogło być inaczej – moje dziecię awersją do snu wyrównuje teraz rachunki międzypokoleniowe.

Na szczęście, w całe przedsięwzięcie wmieszał się Niesforny Mąż, który użyczył na potrzeby sprawy trochę dobrych genów. I dzięki temu przynajmniej w nocy Kajtek śpi długo, mocno i nieprzerwanie. Gdybym prowadziła bloga o gwiazdozbiorach, nocnym życiu, sów pohukiwaniu, to byłby to układ idealny. Trochę gorzej ma się sprawa z jedzeniem, które na ogół się je w dzień. I któremu w dziennym świetle zdecydowanie bardziej do twarzy na zdjęciach. A tymczasem w czasie gdy światło dzienne w niereglamentowany sposób z okien spływa, warunki są takie, że nawet na dotychczasowe uniwersalne danie ekspresowe, czyli wszelkie odsłony pasty, czasu nie starcza.

Na szczęście świat kulinarny nie ogranicza się nam do Europy i skłonnych do sjesty Włochów.  Pracowici Azjaci już dawno wymyślili makaron, który gotuje się dwa razy szybciej od swego włoskiego kuzyna. Poza tym, nie wiedzieć czemu, z żadnym innym makaronem to danie nie smakuje równie dobrze, jak właśnie z makaronem soba. A przetestowałam je wielokrotnie, bo chyba nie ma nic szybszego do schrupania na ciepło – czas przygotowania poniżej 10 minut, łącznie z oczekiwaniem na zagotowanie się wody! Przydaje się mieć takie przepisy w repertuarze, oj przydaje…

Cooking&eatingWystarczy niewiele, ale za to charakternych składników. Oczywiście rzeczony makaron soba jest wśród nich.

Cooking&eatingPoza tym potrzebne będą krewetki. Prawdopodobnie, jako i ja, będziecie używać mrożonych. Pamiętajcie, żeby je osuszyć na papierowym ręczniku przed smażeniem, bez tego ciężko im się będzie zrumienić.

Cooking&eating

pasta kawiorowa – nie żebym promowała konkrentą markę, ale pasta produkowana przez Abbę, ta lekko podwędzana, jest bezkonkurencyjna do tego celu.

Cooking&eating

Ponadto przyda się kilka łyżek śmietanki (18-22%) i możemy przystąpić do dzieła. Jedną ręką gotujemy makaron, drugą zaś, na mieszance masła i oliwy podsmażamy na rumiano krewetki

Cooking&eatingKrewetki na moment odkładamy, a na tą samą patelnię wrzucamy pastę kawiorową. Jeśli czasu mamy więcej, można jeszcze wzbogacić temat od zeszkloną dymkę, ale gdy czasu brak, to można ten krok pominąć. Do pasty dolewamy śmietankę i łączymy wszystko szybko w gładki sos. I tyle.

Cooking&eating

 

Ile pasty? Cóż, to sprawa indywidualna – ogólnie do smaku. Moje podniebienie uważa, że ok. 1/4 tubki na osobę to dawka odpowiednia, ale pamiętajcie, że pasta oprócz tego, że jest kawiorowa, to jest jeszcze słona i nie można przesadzić z jej ilością. A śmietanki jakieś 2-3 łyżki na osobę – tyle, żeby pastę rozrzedzić do konsystencji sosu. Gdy sos będzie taki jak trzeba, dorzucamy makaron.

Cooking&eatingNa koniec z powrotem dorzucamy krewetki  i jemy. Prawda, że trudno o coś szybszego?

Cooking&eating

Cooking&eating