Tag Archives: kozi ser

Podwójnie na czasie

Zwykły wpis

Nieodwołalnie, niezaprzeczalnie i bezapelacyjnie rozpoczęło nam się euro. Piłka zdominuje wszystko na najbliższy miesiąc. Restauracje serwują kotlety w kształcie piłki. Sklepy z ciuchami promują krój spodni a’la Wojtek Szczęsny. Nawet w zwykłym spożywczaku z co drugiej półki krzyczy taki czy inny przysmak kibica, względnie parówki trenera lub euro-makrela. Nie da się uciec.

A jak tematu nie da się pokonać, to trzeba mu się poddać. A co! No to Szanowni Państwo ustalmy co tu się będzie działo: flagi wywieszamy, twarz malujemy, koszulkę w kolorach jedynie słusznych przywdziewamy, wuwuzelę za pazuchę wsuwamy i ruszamy na trybuny, w miasto, w tłum. Motywujemy naszych odpowiednimi hasłami do utraty władzy nad strunami głosowymi. I stadion oszalał.

A jak już zgłodniejemy, to jedząc też będziemy wspierać polską reprezentację. Sałatką patriotyczną, biało-czerwona, jak znalazł na czas piłkarskich emocji oraz na czas występowania botwinki.

Wystarczy rzeczoną botwinkę zawinąć w folię aluminiową i piec 1-1.5 h w 180 st. Pieczemy ją do miękkości, ale takiej al dente.

Upieczone młode buraki kroimy w cienkie plastry. Jest to krwawa robota – bez rękawiczek się za to nie radzę zabierać.

Botwinkę układamy na talerzu, skrapiamy oliwą i oprószamy grubą solą.

Na koniec dodajemy kozi twarożek i gotowe. Cudowne połączenie smaków – słodycz buraka i słoność sera. Cudowne połączenie faktur – jędrna botwinka i kremowy twarożek. Cudowne połączenie kolorów – krwista czerwień i niewinna biel. Spodoba się nie tylko kibicom :-)

 

Reklamy

Dowód nienaukowy z użyciem Kota i szpinaku

Zwykły wpis

Szpinak, jak wiadomo dzięki radzieckim naukowcom, jest nieocenionym źródłem żelaza. Ba! Ma go więcej niż gwoździe! Nie dziwi zatem historia marynarza Popeye o cudownie nieproporcjonalnym bicepsie, który doznawał przypływu sił nadprzyrodzonych wskutek konsumpcji szpinaku. Nie zdziwi pewnie nikogo również fakt, że chcąc rozbrykać ospałego Kota, chcąc wlać w niego odrobinę młodzieńczej swawoli i entuzjazmu, sięgnęłam właśnie po szpinak.

Dla przeprowadzenia eksperymentu konieczne były:

  1. Kot
  2. Szpinak

Biceps Kota nie uległ natychmiastowej przemianie. Przyczyny upatruję w różnicy fizjologii Kota i marynarza. Aby jednak nie przesądzać o wynikach badań zbyt wcześnie, postanowiłam dać szpinakowi trochę czasu by zadziałał na koci organizm.

Aby czasu oczekiwania nie marnotrawić, przeszłam od razu do eksperymentów na ludziach. Pomna, że Popeye jadł szpinak puszkowany, czyli przetworzony, odparowany, skoncentrowany, postanowiłam szpinak trochę podrasować. Truskawką, między innymi.

Dodatkowo garść truskawek maltretujemy na gęstym sicie i wydobywamy z truskawek nieco soku.

Do truskawkowego soku dolewamy w równej proporcji octu balsamicznego i gotujemy pospołu na maleńkim ogniu, aż uzyskamy gęsty esencjonalny krem.

Truskawkowe balsamico łączymy z oliwą w proporcji 1:1

Substancje te dzikimi wstrząsami łączymy w gładką emulsję, którą dodajemy do szpinaku z truskawkami.

Sałatkę, dla chrupkości, wzbogacamy o prażony sezam

Na koniec dodajemy kąski koziego sera

Eksperymenty na ludziach czas zacząć! Aplikujemy w towarzystwie kawałka przedniego pieczywa.

Uprzejmie donoszę, że skutki były następujące. Kot zdrzemnął się przed telewizorem (i to wcale nie dlatego, że dałam mu przykład). Za to Niesforny Mąż niespodziewanie odkurzył. Niniejszym nienaukowo zostało udowodnione, że szpinak pobudzająco działa tylko na mężczyzn. Bo Kot to kobieta.

Kopernik była kobietą

Zwykły wpis

Niesforny Mąż złożył zamówienie na sałatkę szopską. Niesforny Mąż zamawiający sałatkę jakąkolwiek to zjawisko dość niezwykłe, bowiem jest z niego zatwardziały mięsożerca. Wielbiący towarzystwo węglowodanów. A tu taka zachcianka mu się pojawiła! Przyjęłam to bez polemiki.

Sałatka szopska, jak to sałatki mają na ogół w zwyczaju, wymaga wizyty w warzywniaku. Poszłam więc tamże. Wchodzę i widzę, że piękne pomarańcze kuszą i nęcą swymi krągłościami. Na pierwszy rzut oka widać, że to kobiety. A podpis głosi pomarańcz. I nie, nie była to pomyłka, nie była to zgubiona przez nieuwagę końcówka. Było to działanie z premedytacją, podsycane przez latające wokół pomarańcz dziś słodziutka, pół kilo pomarańcz i ten pomarańcz nie ma pestek.

Nie mogłam uratować wszystkich. Ale kilka sztuk wyrwałam spod szowinistycznego męskiego jarzma. A Niesforny Mąż, chcąc nie chcąc, musiał się przyłączyć do feministycznego frontu, bo sałatki szopskiej nie było. Była sałatka z pomarańczą. pomarańczą.

Coś podobnego widziałam u Pascala, aczkolwiek było to dawno, przepisu przy sobie nie miałam, a pomarańcze trzeba było ratować. Wyszła więc improwizacja na bazie pascalowego przepisu. Zaznaczę, że pyszna improwizacja.

Na początek potrzebna będzie sałata. Jeden rodzaj albo miks.

Do sałaty dodajemy miętę. Dużo, dużo listków mięty. Można też bazylię, ale przede wszystkim chodzi o miętę.

Krok numer trzy – wrzucamy uprażone na suchej patelni płatki migdałowe.

Ciach, ciach, ciach i plastry czerwonej cebuli lądują na wierzchu.

I teraz nadchodzi czas na wyzwolone pomarańcze. Trzeba z nich wyciąć „filety”. W tym celu pomarańczę ścinamy z góry i dołu, tak by swobodnie stała. Następnie ostrym nożem ścinamy skórkę, starając się usunąć białą błonkę.

Z obranej pomarańczy wykrawamy fileciki, czyli cząstki bez skórki.

Fileciki układamy na sałacie. A z tego co z pomarańczy zostało wyciskamy sok, który będzie stanowił bazę sosu.

Sos robimy z rzeczonego soku pomarańczowego oraz oleju / oliwy. Idealnie będzie pasował olej orzechowy, np. arganowy, ale z oliwą też nie będzie źle. Wlewamy sok i olej do słoiczka, wrzucamy szczyptę soli i pieprzu i rozpoczynamy dzikie wstrząsy, a’la szalony barman.

I wreszcie czas na wielki finisz. Czyli rumiany kozi ser. Taki z gatunku dojrzewających. Idealny byłby jeden duży plaster na osobę, ale ja miałam akurat chudziutki kawałek sera, więc kawałków dałam kilka.

Plastry sera przypiekamy na suchej patelni, aż będą pięknie złoto-brązowe.

Ser układamy na sałacie i gotowe. Potwornie pyszne.