Monthly Archives: Listopad 2012

Welcome to Poland

Zwykły wpis

Trzy złączone stoły, niekoniecznie tej samej wysokości. Cztery obrusy, każdy inny. Wódka się leje hojnie. Śmiechy rubaszne uderzają w uszy coraz mocniejszym decybelem. Aż w końcu wujek Zdzisiek kończy opowieść pieprzną puentą i stryjenka Wiesia, ze śmiechu nie wytrzymawszy, ląduje wraz z taboretem na ziemi. Kuzyn Rysiek parska śmiechem, na co Lucek, syn stryjenki Wiesi, zakasuje rękawy i pyta Ryśka, czy ten się śmieje z jego matki. Logika nakazywałaby bójkę, ale z jakichś względów sprawa się kończy osuszeniem kolejnej flaszki i wspomnieniami jak to w wojsku kapralowi zaiwaniło się pagony. Wiecie gdzie jesteście, prawda? Oczywiście u cioci na imieninach.

Imieniny u cioci, oprócz jedynej w swoim rodzaju atmosfery, mają jeszcze jedną charakterystyczną cechę. Na tych trzech złączonych stołach stoi obfitość wielka dań ciepłych i zimnych, wśród których bigos i zimne nóżki wiodą prym. Musi być też półmisek wędlin, wybór marynowanych przekąsek pod wódkę, śledzik o tym samym przeznaczeniu, faszerowane jajka oraz tort z maślanym kremem. No i koniecznie, absolutnie koniecznie i nieodwołalnie potrzebna jest sałatka z majonezem. Bez sałatki z majonezem imieniny odbyć się nie mogą. Już łatwiej by było je zrobić bez solenizantki.

No i właśnie taką zdobycz z ostatniej rodzinnej imprezy przywożę. Sałatkę z majonezem. W sensie przepis na nią, a nie samą sałatkę, bo ta ostatnia, to już zjedzona. A że była smaczna i urodziwa, to pomyślałam, że się z Wami tym przepisem podzielę. Tylko burd żadnych za stołem nie wszczynajcie po jej zjedzeniu ;-)

Sprawa jest banalnie prosta – układamy warstwami:

  • jednego lub dwa posiekane pory – w zależności od tego jak długą mają jasną część
  • puszkę kukurydzy
  • 200 g tartego sera (najlepiej cheddara)
  • 4 ugotowane na twardo i posiekane w kosteczkę jajka
  • parę łyżek majonezu
  • garść prażonych nasion słonecznika
  • garść pomidorków koktajlowych

I już – szybko i pysznie :-)

Reklamy

Zadziorne pyszności

Zwykły wpis

Zawsze ze zdumieniem wielkim i nie dającym się poskromić obserwuję, jak Niesforny Mąż, robiąc sobie kanapkę, ładuje na kromkę chleba śledzia, ser, majonez i musztardę. Musztardę bierze też do ruskich pierogów. Smalec rozsmarowuje na andrutach. A uniwersalnym sposobem zjedzenia resztek z dnia poprzedniego, jest dla niego podsmażenie ich na patelni i zalanie roztrzepanymi jajkami. Rozumiecie – dowolnych pozostałości: makaronu z tuńczykiem, kurczaka w sosie curry czy soczewicy w pomidorach. Wszystko można podsmażyć i zalać jajkami. Taaaak, dlatego właśnie w domu gotuję ja.

I chociaż w kwestii połączeń nieoczywistych nikt nie przebije Niesfornego Męża, to ja też chętnie sięgam po kombinacje spoza głównego nurtu. Mam słabość do połączeń zaskakujących, smaków kontrowersyjnych i zestawów niebanalnych. Bo wiecie – taka wyrafinowana czuję się je jedząc. Choć niektóre z takich połączeń stały się całkiem popularne, jak np. czekolada z chilli, to nadal daleko im do popularności smaków „zwyklejszych” jak choćby czekolady z toffi czy orzechami.

A już najlepszym z możliwych pomysłów, które zgrzytanie zębów u mojej babci wywołują, jest dla mnie dodatek soli do deserów. Szczypta soli w gorącej czekoladzie czy solony karmel, to smaki przenoszące mnie na inną orbitę. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że zachwyciła mnie ta słodko-słona tarta. A jak jeszcze powiem, że nie wymaga ona pieczenia, to rozgrzeszycie mnie z tego, że i Was chcę skusić, prawda?

Powiedziawszy, że tarta nie wymaga pieczenia, zaraz dodam, że ja ją jednak upiekłam… No taka przekorna jestem. Ale już wyjaśniam w czym rzecz – spód tarty można zrobić z kruszonych czekoladowych ciasteczek (250 g) połączonych z 3 łyżkami rozpuszczonego masła. Wylepiamy taką kruszonką formę, chłodzimy pół godziny i spód gotowy. Ja jednak miałam porcję zamrożonego ciasta czekoladowego z tego przepisu i postanowiłam je zużyć na ten cel.

Niezależnie od sposobu pozyskania spodu, ciąg dalszy powinien być następujący: 230 g kremowego serka (np. Philadelphi / Piątnicy) w temperaturze pokojowej ucieramy krótko z dwukrotnie mniejszą ilością cukru, czyli 115 g. Do tego dorzucamy 1/2 łyżeczki soli.

Do utartego serka dodajemy 350 g kremowego masła orzechowego – łączymy wszystko mikserem na jednolitą masę.

W oddzielnym naczyniu ubijamy 140 g porządnie schłodzonej kremówki. Śmietanę delikatnie łączymy z serkowo-orzechową masą.

Nadzieniem wypełniamy czekoladową foremkę i pakujemy ciasto celem schłodzenia do lodówki na co najmniej pół godziny.

W międzyczasie robimy polewę. W tym celu podgrzewamy do granicy wrzenia 140 g kremówki, do której po zestawieniu z ognia dorzucamy 140 g drobno posiekanej gorzkiej czekolady. Zostawiamy garnuszek w spokoju na 2 minuty.

Po tym czasie czekolada jest już miękka i wystarczy całość zamieszać, by wyczarować błyszczącą gładką polewę.

Polewą dekorujemy wierzch ciasta, chłodzimy jeszcze chwilę by polewa stężała i gotowe. Pysznie dekadenckie, kremowe, słono-słodkie ciasto :-)

Przepis znalazłam na seriouseats.com

Dla zabieganych. Dla smakoszy. Dla wszystkich.

Zwykły wpis

W kwestii zupy, to ja przyznaję, rzadko się za nią biorę. Nie dlatego, że nie lubię. A głównie dlatego, że sama zupa to trochę mało, a zupa plus drugie, to trochę za dużo. Również za dużo zachodu. No i nie lubię siekać warzyw w kostkę, a prababcia mnie nauczyła, że tylko taka zupa jest szlachetna – z równą marchewkowo-selerowo-pietruszkową kosteczką. W całości to można wrzucić włoszczyznę jak się gotuje rosół. Albo jak się człowiek zabiera za sprawę dla samego wywaru.

Ale. Są takie zupy, których zrobienie jest łatwe jak ugotowanie jajek, więc wymówka ze zbyt dużą ilością pracy odpada. Są takie zupy, których można zrobić malutko, a nie cały gar, co też stanowi argument w sprawie. No i wreszcie urzekający smak sprawia, że nie można im się oprzeć. A, wierzcie mi, urzekający smak można wyczarować z rzeczy najprostszych. Na przykład z ziemniaka.

No to teraz patrzcie jakie to łatwe! Ziemniaka kroimy w kostkę – jeden większy na głowę wystarcza. To nie za dużo siekania, prawda?

Garść zielska – tymianek, rozmaryn, liść laurowy, ziele angielskie i czosnek zawijamy w gazę. Nie jest to konieczne, ale takie zawiniątko łatwiej potem wyłowić, niż bawić się w wyławianie wszystkiego oddzielnie.

Wrzucamy ziemniaczaną kostkę i pakiecik z przyprawami do rondelka, zalewamy wszystko mlekiem – ok. 250 ml na każdego ziemniaka, solimy i gotujemy na średniomałym ogniu, aż ziemniaki będą mięciutkie. Czyli ok. 20 minut.

Wówczas wyciągamy przyprawy i miksujemy zupę na gładki krem.

Doprawiamy temat szczyptą gałki muszkatołowej

I czas na finał – wykańczamy zupę żółtkiem i łyżką gorgonzoli. Pamiętajcie, żeby wmieszać jedno i drugie już z dala od ognia.

I gotowe! Prosto i pysznie.

U kaczuszki krzywe nóżki

Zwykły wpis

Bo ponoć zdarzyło się tak, że do fotografa przyszła gruba baba. I nie zważając na swe parametry zażądała zdjęcia, na którym będzie wyglądać chudo. Fotograf głowił się, męczył, drapał za uchem i drapał, aż w końcu wydrapał pomysł jak spełnić życzenie baby – w czasie robienia zdjęcia kazał jej mówić konfituuuuuuuuuuuuuuura (i tu musicie wykonać obrazujące sprawę ćwiczenie paszczą, bez tego historia jest nieważna!). Baba zadowolona się rozsiadła przed obiektywem, ale jeszcze w ostatniej chwili włos poprawiła, nos dopudrowała i jak przyszło co do czego, to nicość w miejsce umówionego słowa w głowie jej nastała. Tymczasem fotograf już zaczyna odliczanie, już pada trzy, już leci dwa i wreszcie jeden… i w tej ostatniej sekundzie baba doznaje iluminacji i mówi marmeeeeelaaaadaaaaa (kolejne paszczowygibasy teraz powinny mieć miejsce).

I to jest family legend. W nawiązaniu do urban legend. Czyli bzdura o zasięgu li tylko rodzinnym. Nie wiem skąd moja mama brała takie historie, ale brała je i wlewała w mój bzdurochłonny umysł. Mam też wrażenie, że w pierwszych wersjach tej historii w miejsce baby była żaba… Ale ja nie o tym, a o czymś zupełnie innym. Bo za sprawą tej właśnie dykteryjki poznałam słowo konfitura. I jako że konfitur w moim domu się nie robiło, a wszystkie samorobne owocowe słoikowce nazywało się marmoladami, to jedynie z tej historii urodziła mi się konotacja, że konfitura to coś jak marmolada.

No i przypadku trzeba, że gdzieś kiedyś w jakimś magazynie trafiłam po raz pierwszy na konfit. I to akurat był konfit z czerwonej cebuli. Ułożyło mi się w głowie, że konfitura z czerwonej cebuli może być ciekawa i awangardowa i w sumie czemu nie. I w ten o to podstępny sposób konfit zrównał mi się w głowie z konfiturą, co wiele zamętu poczyniło i niewątpliwie przyczyniło się do powstania bardzo głupiego wyrazu na mej twarzy, gdy usłyszałam o konficie z kaczki. Bo jak to? Kaczkowa marmolada? U kaczuszki, to co najwyżej krzywe nóżki. Tak, to kolejna rodzinna głupota.

Jak już pokonałam swoje umysłowe ograniczenia i uporałam się z faktem, że konfitowanie to sposób przygotowania, a nade wszystko konserwowania potraw w tłuszczu, to (w końcu!) spojrzałam na sprawę inaczej. I od razu zapragnęłam zrobić cudny konfit z kaczki wypatrzony u Gordona Ramsaya. Gdy dodatkowe tak się złożyło, że w sklepie trafiłam na kacze nóżki, sprawa była przesądzona. No to zaczynamy – na początek bierzemy się za rzeczone kacze nóżki. Nacieramy je solą i tymiankiem, i zostawiamy w tempreaturze pokojowej na godzinę.

Po tym czasie wkładamy nóżki do garnka z gęsim tłuszczem. Mówiłam, żeby warto tłuszcz z gąski zostawić? Ano mówiłam. Ale jak nie robiliście ostatnio gęsi, to poszukajcie w sklepach, czasem gęsi smalec bywa dostępny. A jak nie, to w ostateczności na smalcu wieprzowym też da się kaczuszkę skonfitować, tylko aromat będzie nieco inny. Na 4 nóżki bierzemy 500 g tłuszczu.

Zagotowujemy nóżki z tłuszczem na niewielkim ogniu. Następnie dorzucamy liść laurowy, gałązkę pietruszki, gałązkę tymianku i kawałek selera naciowego. Przykrywamy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni na ok. 1.5 h – aż mięso będzie odchodzić od kości.

Gdy mięso jest już miękkie wyciągamy je z tłuszczu i odsączamy na papierowych ręcznikach. Tłuszcz i tym razem warto zachować.

Odsączone z nadmiaru tłuszczu nóżki kładziemy skórą do dołu na rozgrzanej suchej patelni. Trochę trzeba będzie nóżką pomanewrować, żeby przypiekła się ze wszystkich stron. Ale da się to zrobić, a wtedy skórka będzie cudownie chrupiąca i rumiana.

I tyle! Można jeść! Pierwsze potyczki z konfitem uważam za niezwykle udane :-)

 

Nic nie jest czarne albo białe. No chyba, że to ciasto.

Zwykły wpis

Nie lubię, i to bardzo, wskazywania moich rzeczy ulubionych. Nie dlatego, że skąpię tej wiedzy światu. Bynajmniej. Ja po prostu mam problem z ulubionością. Ostatni raz to prawdopodobnie w podstawówce byłam w stanie powiedzieć, że Guns’n’Roses to mój ulubiony zespół i nie zmienić zdania do dnia następnego. Potem już nie było tak łatwo. W zależności od nastroju jaki mnie dopadł moim ulubionym zespołem danego dnia mógł być Hey lub Iron Maiden, T.Love lub Black Sabbath, a do tego nieustannie o prym pierwszeństwa biła się Metallica.

Dziś nie mam ulubionego zespołu, ulubionej książki, ulubionego koloru ani filmu. Cud, że mam ulubionego Niesfornego Męża oraz Kota i przynajmniej w tym zakresie nie zmieniam zdania codziennie. Bo już na przykład z ulubionym jedzeniem to jest ruletka. Nie sprawdzałam, ale mogę się założyć, że przynajmniej tuzin potraw/produktów nazwałam już na blogu moimi ulubionymi. Bo takimi danego dnia były. Ale żeby tak wybrać coś ulubionego na stałe? Niemożliwe.

Jeśli jednak pod pistoletem trzymana musiałabym już koniecznie i absolutnie do czegoś się ograniczyć, to w przypadku ciast byłyby to serniki (takie w typie nowojorskiego) oraz ciasta mocnoczekoladowe (takie jak brownie). Tak mi się przynajmniej wydaje. Dla pewności zapytajcie mnie jeszcze jutro – zobaczymy czy potwierdzę. W każdym razie dziś co do tych preferencji jestem głęboko przekonana. I wobec tego absolutnie zrozumiały staje się fakt, że pokochałam sernikobrownies od pierwszego wejrzenia. Nie ma przeciwwskazań, by je czymś wzbogacić – np. kawałkiem oreo.

Miałam w zeszycie cudny przepis na sernikobrownies, który już dłuższy czas czekał na prezentację. Ostatnio na Moich Wypiekach pojawiło się sernikobrownies z oreo i pomyślałam, że dodatek tych ciasteczek do mojego przepisu też nie zawadzi. Oto szczegóły mariażu.

Zaczynamy od masy czekoladowej. Celem jej zrobienia sięgamy po jajka – 4 całe i jedno białko (żółtko trafi do masy białej) oraz trzcinowy cukier puder w ilości 90 g. Ja zwykły cukier trzcinowy mielę w młynku do kawy. Jajka ubijamy z cukrem.

Następnie rozpuszczamy 180 g masła i 225 g gorzkiej czekolady. Już wspominałam, że najlepszym na to sposobem jest wykorzystanie niskiej mocy kuchenki mikrofalowej? Pewnie tak – wówczas czekoladowo-maślana masa się nie zagrzewa i nie potrzeba czasu na jej studzenie. Bo właśnie dopiero taką przestudzoną możemy połączyć z ubitymi jajkami.

A na koniec dodajemy jeszcze 110 g przesianej mąki.

Masą czekoladową wyścielamy dno wyłożonej papierem foremki o wymiarach 25×25 cm. Zamiennie duża tortownica (28 cm średnicy) się nada.

Teraz bierzemy się za masę białą. Tu jest nawet prościej, bo nie zawracamy sobie głowy sekwencyjnością, tylko wrzucamy wszystko do miski i miksujemy. A na wszystko składają się: 2 żółtka (jedno zostało nam z masy czekoladowej), 450 g sernikowego twarogu (czyli trzykrotnie mielonego), 4 łyżki cukru pudru oraz dwie łyżki budyniu waniliowego.

Białą masę nakładamy na masę czarną, najlepiej w formie kleksów.

Trzonkiem łyżki robimy esy-floresy uzyskując nieregularne, biało-czarne maziaje.

Teraz rzecz opcjonalna, czyli oreo – dekorujemy nimi ciasto lub nie – wyjdzie pyszne tak czy siak.

Ciasto ładujemy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na 25-30 minut. Masa nie musi być ścisła, wystarczy że lekko się zetnie. Następnie studzimy je, a potem chłodzimy przez parę godzin lub całą noc. I teraz to, na co czekałam od początku – można jeść! Mmmmmniam!

Już był w ogródku, już witał się z gąską…

Zwykły wpis

Na ogół, rozmowy telefoniczne (choć nie tylko) z centkową Mamą przebieg mają nieprzewidywalnie przewidywalny. Np.:

Mamuś, a chcesz jutro do sklepu X podjechać?

Nieeee, ja muszę najpierw do Iksińskiej wpaść, bo obiecałam jej dać takie materiały i twój brat miał jej podrzucić i zapomniał. Bo z nim tak zawsze. To jest dobre dziecko, ale rozprasza się… [tu wtrąca się Maleństwo z protestem, że wcale nie jest z niego taka gapa, więc centkowa Mama przez dłuższą chwilę prowadzi polemikę z Maleństwem – cały czas trzymając telefon przy uchu. Po paru minutach ja na powrót staję się głównym interlokutorem]... no i właśnie widzisz, tak z nim jest. A te materiały to świetne są. Od Igrekowej dostałam, ale co się musiałam z nią namęczyć… [tu następuje rozbudowany opis przejść jakie miały miejsce z panią Igrekową wzbogacony o problemy z zamążpójściem jej córki i alkoholizmem jej męża]… a tak w ogóle, to jeszcze zakupy spożywcze trzeba będzie zrobić, bo twój tata miał kupić, ale zapomniał. Bo z nim tak zawsze. Jak go poprosisz, to… [tu wtrąca się centkowy Tata, że wcale taki najgorszy to on nie jest i że w ogóle nie zapomniał, tyko co innego miał do zrobienia. Oczywiście słuchawka jest trzymana cały czas przy uchu. W końcu wracamy do mnie]... no i widzisz, z nim tak zawsze. To jak te zakupy będziemy robić, to przy okazji podjadę do sklepu X.

Acha, czyli jednak chcesz pojechać?

No przecież mówię!

Ale po co ja Wam to mówię? No chyba to oczywiste, że zmierzam do gąski, prawda? ;-) A co gąska ma wspólnego z centkową Mamą? A to, że zadzwoniłam do niej, żeby podpytać jak ona robi gęś. I wierzcie mi –  bardzo przy okazji rozbudowałam swą wiedzę w zakresie co kto komu i dlaczego, oraz czemu tamta to zołza. Ale oszczędzę Wam tła towarzyskiego. Będzie tylko o gęsi :-)

 

Gęś dorodną (bo chyba niedorodnych nie produkują – moja, najmniejsza jaka była w sklepie, miała 4.5 kg) trzeba nasolić uprzednio. Nacieramy zatem gąskę solą (tak z zewnątrz, jak i od wewnątrz) i zostawiamy na całą noc.

Dnia następnego poddajemy gąskę dalszej obróbce, zaczynając od farszu. A farsz, nade wszystko, musi zawierać jabłka. Prawdopodobnie 3-4 sztuki uda Wam się upchnąć w gęsi.

Oprócz jabłek dobrym pomysłem są suszone śliwki i ewentualnie żurawina – jednego i drugiego po garści. Owoce leciutko solimy i doprawiamy majerankiem.

Nadzienie pakujemy do gąski, wylot zamykamy (zszywamy lub uszczelniamy wykałaczkami), a samą gąskę nacieramy obficie majerankiem.

Tak przygotowanego ptaka pakujemy do rękawa i pieczemy w 185 stopniach. Jak długo? Do miękkości :-) Moje 4.5 kg gęsi piekło się 3.5 h. Trzeba sprawdzać stan wypieczenia nakłuwając gąskę szpikulcem – musi bez oporów wchodzić w mięso. To gwarantuje, że gąska będzie miękka, a mięso będzie odchodzić od kości. Moja gąska wyszła tak miękka, że aż samoczynny rozpad rozpoczęła

Ale nie uprzedzajmy wydarzeń. Gąska piecze się długo, co daje nam trochę czasu na uatrakcyjnienie oferty i zastąpienie ziemniaków kluskami śląskimi. Na kluchy bierzemy 3 części gotowanych ziemniaków i 1 część mąki ziemniaczanej. A do tego jajko. Nie wiedzieć czemu, zawsze jest to jedno jajko, niezależnie od tego czy ziemniaków jest 0.5 czy 1.5 kg. Ot zagwostka.

Z podanych składników wzbogaconych o szczyptę soli zagniatamy ciasto, a z ciasta lepimy kluski z dziurką.

Gotujemy kluchy partiami w lekko osolonej wodzie – 2-3 minuty od wypłynięcia – po czym hartujemy chwilę w zimnej wodzie.

Ostatni krok jeszcze nam został – sos. Sos robimy z tego, co wypłynęło z gąski podczas pieczenia.

Zlewamy cały płyn do garnuszka, zbieramy tłuszcz który pływa na wierzchu (warto go zachować), a tą brązową esencję smaku rozcieńczamy wodą (bo jest potwornie słona) i zagęszczamy mąką (łyżkę mąki rozprowadzamy w zimnej wodzie, dolewamy do sosu i zagotowujemy).

No i muszę jeszcze wspomnieć, że nic tak dobrze nie pasuje do gąski jak czerwona kapusta. Cóż za pyszny zestaw!

 

 

Poznań kontra reszta świata

Zwykły wpis

Czy wiecie, że na wschód od Konina zaczyna się Azja? Tak przynajmniej twierdzą co niektórzy w Poznaniu. A twierdzą tak, bo przecież lepsi są od reszty kraju, tej! W Poznaniu wszakże spłonęła pierwsza czarownica w Polsce. I jak Napoleon nas odwiedzał, to najpierw przejechał przez Poznań, dopiero potem przez Warszawę. A pierwszy na świecie pomnik ku czci twórcy prysznicu to niby gdzie jest? A owszem, w Poznaniu!

A wszystko to zasługa dzielnych Poznańczyków. Tak Poznańczyków, nie poznaniaków. Bo poznaniakiem może być każdy. Wystarczy się w Poznaniu urodzić, zameldować, zasiedzieć na dłużej i już człowiek staje się poznaniakiem. Co innego być Poznańczykiem. To nie kategoria administracyjna jest, to stan umysłu. A że Poznańczyk jest lepszy od krakowiaków, warszawiaków i zwykłych poznaniaków świadczy chociażby fakt, że Poznańczyk nie rymuje się z cwaniak.

No ale przecież to wszystko nie potrzebne. Nie muszą się Poznańczycy ani poznaniacy utwierdzać we własnej wspaniałości. Nie muszą przytaczać dowodów naukowych. Nie muszą wyższości swej nikomu prezentować. Bo mają na swoim koncie zasługę, która przyćmiewa wszystko. Otóż Poznaniowi zawdzięczamy rogale świętomarcińskie. Jak dla mnie, więcej nie trzeba.

Rogale robi się całkiem łatwo. Nie są nawet aż tak bardzo pracochłonne. Ale potrzebują czasu, bo pomiędzy poszczególnymi czynnościami ciasto musi poleżakować w lodówce. Najlepiej zarezerwować sobie na rogale leniwy weekend, a pracę rozłożyć na dwa dni. Zaczynamy, oczywiście, od ciasta. Potrzebować będziemy 3.5 szkl mąki, 1 szkl ciepłego mleka, 225 g miękkiego masła, opakowanie (7 g) suchych drożdży, 1 jajko, 3 łyżki cukru,  0.5 łyżeczki ekstraktu z wanilii i szczyptę soli.

Drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku i łączymy z jajkiem oraz wanilią. Mąkę mieszamy z cukrem i solą. Łączymy  suche składniki z mokrymi, a następnie dodajemy 2 łyżki masła (resztę masła zużyjemy później). Rozcieramy je z mąką, po czym przenosimy ciasto na stolnicę i szybko wyrabiamy.

Ciasto rozwałkowujemy na prostokąt, układamy na blaszce i chłodzimy w lodówce przez godzinę. Po tym czasie wyciągamy i smarujemy je mniej więcej 1/4 pozostałego masła. Składamy na trzy części, sklejamy boki i rozwałkowujemy znowu na prostokąt.

Wsadzamy ciasto na powrót do lodówki – tym razem na 45 minut. Po tym czasie znowu smarujemy masłem (kolejną 1/4 zużywając), składamy, zlepiamy i rozwałkowujemy. Chłodzimy przez pół godziny. Numer powtarzamy jeszcze dwa razy, chłodząc ciasto w przerwach przez pół godziny, a po dodaniu ostatniej ćwiartki masła zostawiamy ciasto w lodówce przynajmniej na godzin 5, a najlepiej na całą noc. I właśnie dlatego warto rozłożyć sobie robienie rogali na dwa dni.

Dnia następnego ciasto wyciągamy z lodówki ok. 20 minut przed formowaniem go w rogale. Nim jednak będziemy mogli rogale lepić musimy zrobić farsz. Farsz robi się z białego maku, który (jak łatwo się przekonać) jest cholernie ciężko kupić. Na szczęście u ChilliBite wyczytałam, że drzewiej rogale robiło się z migdałami i jedynie trudności z aprowizacją sprawiły, że zastąpiono je białym makiem. Więc ja, wobec odwrotnych problemów z produktami, powróciłam na tradycji łono. I tak: będziemy potrzebować 100 g orzechów włoskich i 400 g migdałów.

Migdały i orzechy sparzamy wrzątkiem przez 15 minut, a następnie mielimy / blendujemy.

Dodajemy 100 g marcepanu i 3/4 szkl cukru pudru. Celem pozyskania masy marcepanowej obrałam „ze skórki” marcepan w czekoladzie :-) Bajaderka, z której przepisu tu korzystam, pisze by marcepan rozetrzeć mikserem z cukrem, ale jeśli robicie masę w robocie kuchennym to można pominąć ten krok.

Następnie dodajemy łyżkę kandyzowanej skórki pomarańczowej i trzy pokruszone biszkopty. Podłużne. Nie wiem czemu akurat podłużne, ale tak było w przepisie :-)

Teraz kwestia wilgotności masy. Mak, przed przystąpieniem do dalszych czynności się namacza i on porządnie trzyma wilgoć. Migdały tak nie mają. Więc trzeba masę teraz nawilżyć. Zużyłam do tego celu 4 łyżki śmietany oraz ok. 50 ml wody. Masa ma być gęsta na tyle by nie wypływała z rogali, a jednocześnie na tyle plastyczna, by dała się na rogalach rozsmarować.

Ok, farsz gotowy, można lepić rogale. Ciasto rozwałkowujemy na prostokąt o rozmiarach (mniej więcej ) 35×65 cm. Przecinamy go na pół wzdłuż dłuższego boku uzyskując dwa pasy o wymiarach ok. 17×65 cm. Z każdego paska wykrawamy 12 trójkątów. Trójkąty smarujemy farszem.

Każdy trójkącik zwijamy w rogalik, a każdy rogalik układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce. Zostawiamy zawijańce w spokoju do podwojenia objętości (co trwa ok. 1.5 godziny).

Wyrośnięte rogale smarujemy jajkiem roztrzepanym z 2 łyżkami mleka i pieczemy przez 20 minut w 180 stopniach.

Studzimy je na kratce, lecz nim wystygną smarujemy je lukrem zrobionym ze szklanki cukru pudru i 2-3 łyżek mleka. Można je posypać siekanymi migdałami.

A teraz to już zostaje tylko rozkoszowanie się rogalami. A wierzcie mi, ten smak jest odpowiedni do rozkoszowania się :-)