Monthly Archives: Lipiec 2012

Z dedykacją dla tych, którzy są porządni. Bo nieporządni już to wiedzą.

Zwykły wpis

Był taki czas, że lat mając kilkanaście zamieszkałam w internacie. Można by rzec, że nie byłam wtedy zbyt porządna. Nie w sensie cnót wszelakich, to zostawmy na inny raz, tylko w kwestii porządków. No można by było tak powiedzieć, jakby komuś zależało. Ale ja sądzę, że to nie kwestia porządności była decydująca. Ja po prostu nie miałam czasu na sprawy przyziemne, wobec gwałtownie zaistniałych nowych okoliczności przyrody, wśród których znaczne oddalenie od rodziców było decydujące.

No więc nastał sobie taki czas i sami rozumiecie – jakże miałam znaleźć czas na odkurzanie? W jakiż to sposób rzeczy układanie mogło odciągnąć moją uwagę od nowych znajomych? Czyż istniała metoda, by pranie wydało się bardziej fascynujące niż nowe miasto? A czy kurzy wycieranie mogło przebić licealne imprezowanie? A zmywanie, po prostu, nie miało szans znaleźć mojego uznania. I tak już zostało. Dlatego kocham cię moja zmywarko. Ale nie wybiegajmy w przyszłość. W internacie zmywarki zdecydowanie nie było.

Wówczas to właśnie poznałam tajemniczy świat pleśni. Okryłam wszelkie różnice i podobieństwa między pleśnią wyrosłą na kawowych fusach, kromce chleba i kawałku sera. A najbardziej spektakularnie rośnie pleśń na gotowanej marchewce. Cudo. No ale na co ja to wszystko przytaczam? No bo zapewne zdecydowana większość z Was, jak nie wszyscy, to porządni ludzie są. I możecie nie wiedzieć jak wygląda dorodna odchowana pleść. I w związku z tym możecie mieć problem z odpowiedzią na pytanie, dlaczego pyszny pleśniak nazywa się pleśniak. No to ja Wam wyjaśnię. Podobieństwo do dawcy nazwy jest uderzające.

Jak hodować pleśń wiem, ale nie powiem. Do tego każdy musi dojść sam. Natomiast w kwestii pleśniaka jestem bardziej skłonna do zwierzeń. 200 g zimnego masła, 4 żółtka (białka zachowujemy), 300 g mąki, 2 łyżki cukru, 1.5 łyżeczki proszku do pieczenia i szczyptę soli łączymy poprzez siekanie lub w robocie kuchennym.

Masa nie da się od razu połączyć w ciasto – trzeba jeszcze okruchy pougniatać ręcznie, by uzyskać jednolitą masę.

I teraz drobna uwaga – ciasto docelowo dzielimy na 3 części, z czego do jednej dodajemy kakao. Można ciasto najpierw zagnieść, a potem do jednej części wgnieść dodatkowo kakao, albo najpierw podzielić okruchy, do jednej części dodać kakao, a potem, już oddzielnie, zagnieść. Ja wolę opcję nr 2 – łatwiej w ten sposób równomiernie rozprowadzić kakao.

Ciasto zawijamy w folię i chłodzimy przynajmniej przez dwie godziny. Gdy ciasto jest wystarczająco schłodzone na dalsze ekscesy możemy się wziąć za ubijanie białek. 4 białka ubijamy na zupełnie sztywno, następnie dodajemy 130 g cukru i ubijamy na błyszczącą sztywną pianę.

Pierwszą część białego ciasta ścieramy na tarce na wyłożoną papierem blachę. Moja blaszka miała 25×25 cm i ciasto wyszło mi dość wysokie. Można użyć blaszki nieco większej, maksymalnie 25×35 cm.

Na warstwę ciastowych wiórków wykładamy dżem. Najlepszy jest dżem agrestowy od babci z piwnicy. Z braku takowego posłużyłam się kupnym. Władowałam cały słoik czyli 200 g.

Na agrestowy dżem dałam trochę agrestu au naturel, ale tylko dlatego, że akurat miałam.

Na dżem trzemy warstwę ciasta ciemnego

Następnie ubita piana z białek

I wreszcie ostatnia warstwa białego ciasta.

Ciasto pieczemy w 180 stopniach przez 40-50 minut. W trakcie pieczenia ciasto podnosi się i może popękać – nic nie szkodzi, opadnie się i cudownie zroście podczas studzenia. A jak już wystygnie, to jest pyyyyszny :-)

W związku z tym, że nie udało mi się dokopać, do rodzinnego przepisu na pleśniaka (no wsiąkł gdzieś po prostu), posłużyłam się przepisem Dorotki.

Przyjęciny, ostrzynka i potrawka. Z kurczaka.

Zwykły wpis

A było to tak, że jakieś 10 lat temu, w Bardzo Zabawnej Pracy, w której na dodatek poznałyśmy się i zaprzyjaźniłyśmy z Dziołchą, w przerwach od obowiązków służbowych toczyły się prywatne pogaduchy. Prawdopodobnie byłam świeżo po wizycie w domu rodzinnym, bom rozpoczęła opowieści o tym co w tymże domu się działo, z silnym akcentem na nadchodzące w najbliższym czasie wydarzenie. No i snułam mą opowieść, że przyjęciny Maleństwa to już wkrótce, że w związku z tymi przyjęcinami to to i tamto oraz że w kwestii przyjęcin to ja mam takie a takie zdanie.

Lud kulturalny słuchał, zadziwiał się i coraz większy brak zrozumienia wyrazem twarzy przejawiał. W końcu ktoś, zdaje się, że kierownik tego cyrku, czyli Bardzo Zabawny Szef, nie wytrzymał i zadał pytanie pulsujące w mózgu każdego ze słuchaczy: Pani Centko, a co to właściwe są te przyjęciny? I tu zdziwiłam się ja. Bo że w Lud Pracujący Stolicy w przeciwieństwie do Pomorzan nie używa kaszubskiego jo w miejsce tak, to wiedziałam.  Ale że i przyjęcin nie znają, to nie przypuszczałam w stopniu nawet najmniejszym. Bo przyjęciny to nic innego jak pierwsza komunia. No przecież, że to oczywiste, prawda?

No i mógłby to być koniec, ale tak nie jest, bo historia ma swoją przewrotną kontynuację.  Teraz mieszkam od kilkunastu już lat w Warszawie. Rodzinę odwiedzam, to oczywiste, ale z racji geograficznego dystansu czynię to względnie rzadko. Między widzeniami w użyciu są telefony, maile i gołębie pocztowe. Ale prawda jest taka, że żyjemy już teraz w trochę równoległych wszechświatach, czego przykładowym skutkiem jest fakt, że oduczyłam się mówić jo, przyjęciny i ostrzynka (a czym się ostrzy ołówki, jak nie ostrzynką?). No i zapomniałam, że kurczak w potrawce – danie dość szpitalne w wyglądzie i konsystencji – na Pomorzu jest daniem świątecznym, odpowiednim na przyjęciny właśnie. Na wesele również. Oj zdziwiłam się ostatnio na przyjęcinach kuzynki, zdziwiłam. A potem pierwszy kęs przywrócił mi pamięć. Bo kurczak w potrawce, choć nie wygląda, to pyszny jest.

Podstawową sprawą jeśli chodzi o kurczaka w potrawce jest kurczak. Jeśli chęć macie uczynić z potrawki danie wykwintne, to należało by kurczaka ugotować specjalnie na ten cel. Kurcze gotujemy w lekko osolonym wywarze warzywnym, by zwiększyć jego aromatyczność. Jeśli jednak stawiamy przed daniem mniej ambitne cele, to można po prostu wykorzystać resztki kurczaka pieczonego. Bo wszystko czego nam potrzeba, to miseczka kurczęcych skrawków.

Oprócz tego nieodzowne będą rodzynki i cytryny, a właściwie sok z cytryn. Jeśli rodzynki są mocno wysuszone i twarde, to przed użyciem zalewamy je na kwadrans wrzątkiem.

Gdy przygotowanie ingrediencji za nami, przystępujemy do dzieła właściwego. Z dwóch łyżek masła i dwóch łyżek mąki robimy zasmażkę. Masło z mąką smażymy przez 2 minuty, pilnując by się nie zbrązowiło. Zasmażkę rozprowadzamy szklanką gorącego mleka. Następnie dodajemy 1-1.5 szklanki gorącego bulionu. Na koniec sos doprawiamy sokiem z 2-4 cytryn (w zależności od tego jak soczyste cytrusy nam się trafią). Doprawiamy łyżeczką cukru i solą. Sos powinien być wyraźnie kwaskowaty.

Trzymając sos na malutkim ogniu działamy dalej. Kwaśność sosu przełamujemy dodatkiem sporej garści rodzynek

Na koniec dorzucamy kąski kurczaka i podgrzewamy całość tylko tak długo, by kurczak się zagrzał.

Sos koniecznie podajemy z ryżem. Odmiana do risotto nadaje się do tego celu idealnie.

No i teraz następuje moment, w którym osobiście się trzeba przekonać, że to niewyględne danie jest cudowne w smaku. Bo ze zdjęć to w żaden sposób nie wynika.

Kawior, szampan i białe niedźwiedzie

Zwykły wpis

Wymknęłam się niepostrzeżenie, na momencik tylko, za granice kraju naszego pięknego, do równie pięknego kraju quazi-sąsiedniego.  Quazi, bo Rosja niby sąsiadem naszym jest, ale czymże jest Obwód Kaliningradzki wobec połaci niezmierzonych Rosji właściwej. No więc (przerywając niepotrzebne dygresje), wracam aktualnie z Rosji.

Nie wiem nawet z którego krańca zacząć bym miała, bo умом Россию не понять – umysłem się Rosji nie zrozumie. A co dopiero słowem ją opisać. Nie dałabym rady, choćbym i całą posiadaną elokwencję w to włożyła. I żeby było jasne – to wcale nie dlatego, że elokwencji u mnie zaledwie naparstek. No. Powiem więc tylko tyle, że było absolutnie pysznie. Pilaw, baranina, chinkali, czeburaki, grzyby, syrniki i jeszcze drobny miliard innych rozpustnych przyjemności przypadł nam w udziale. Яанка и Артём  – еще раз большое спасибо!!!

Ale. Cudów nie ma. Z każdego wyjazdu kiedyś trzeba wrócić. Na ogół szybciej niż by się chciało. Na osłodę zostają jedynie wspomnienia i trofea z podróży przywiezione. A z Rosji wiadomo co trzeba przywieźć – białego niedźwiedzia, czapkę uszatkę i kawior. A jak ma się kawior to wiadomo co trzeba zrobić – zajadać go łyżkami, zrobić sobie z niego kąpiel oraz usmażyć bliny. Bo bliny z kawiorem to świętość i konieczność.

Ja już o blinach pisałam. Aby się tak do końca nie powtarzać, tym razem sięgnęłam po inny przepis, wyszperany z Praktycznej encyklopedii kuchni rosyjskiej. O tak, takie pamiątki z podróży tygryski bardzo lubią. Mrrrrauu.

Robienie blinów zaczynamy od zaczynu. Kruszymy 10 g świeżych drożdży, dodajemy do nich 2 łyżki ciepłego mleka, łyżkę mąki gryczanej i łyżeczkę cukru. Mieszamy do połączenia składników i odstawiamy na ok. 10 minut – aż drożdże zaczną pracować.

Do gotowego zaczynu dodajemy szklankę gryczanej mąki, 1 jajko, kolejną łyżeczkę cukru oraz 1/4 łyżeczki soli. Łączymy składniki w gęste ciasto, odstawiamy na kilka minut by drożdże znów zaczęły pracować, następnie dodajemy pół szklanki ciepłego mleka i mieszamy aż składniki ponownie połączą się w ciasto, tym razem nieco rzadsze.

Ciasto odstawiamy w ciepłe miejsce by podwoiło objętość.

Do wyrośniętego ciasta dodajemy 1 żółtko oraz pianę z 1 białka.

Bliny smażymy na patelni przesmarowanej rozpuszczonym masłem.

Bliny do czasu podania trzymamy w cieple, np. w piekarniku nastawionym na 60 stopni. Podajemy je ze śmietaną i kawiorem, chociaż towarzystwo łososia też jest godne rozważenia. Popijamy szampanem. A potem idziemy do bani i kąpiemy się w przeręblu.

Bo nie zawsze ciasto drożdżowe powinno być wyrośnięte

Zwykły wpis

Pewnie nie wiecie, ale jako dziecko miałam mieszane uczucia względem pizzy. Równie bardzo pewnie nie wiecie dlaczego tak było. To ja Wam powiem. A było to tak, że w radosnych latach osiemdziesiątych pizzy w Polsce generalnie nie było.  Jednak gdzieś między stanem wojennym a okrągłym stołem przebijały się tu i ówdzie, bardzo nieśmiało i pokracznie, różnego rodzaju nowinki. No i wtedy właśnie centkowa mama upiekła pierwszy raz domową pizzę, prawdopodobnie na podstawie jakiegoś przepisu zamieszczonego w Przekroju, ewentualnie na bazie wyobrażenia o pizzy krążącego w formie plotki po towarzystwie.

Jeśli komukolwiek się wydaje, że wypiek centkowej mamy jakkolwiek przypominał klasyczną lub nawet nieklasyczną pizzę, to jest w straszliwym błędzie. O nie, to nie przypominało niczego, co kryje się pod nawet dalekim skojarzeniem ze słowem pizza. To było ciasto drożdżowe, takie w typie najpiękniej wyrośniętej blachy ciasta drożdżowego z owocami. Z tym, że w miejsce owoców były groszek, kiełbasa, pomidor i być może ser, aczkolwiek obecności tego ostatniego, doprawdy, nie jestem pewna. Choć matka rodzicielka dobrze na ogół gotuje, ten eksperyment należy uznać za nieudany.

Wobec powyższego przez czas pewien tkwiłam w przekonaniu, że pizza to nie jest to co lubią tygryski. Na szczęście, na każde nieszczęście musi przypadać jakieś szczęście ;-) W latach dziewięćdziesiątych, które radosnością biły lata osiemdziesiąte na głowę, w dzikim tempie namnożyło się biznesów wszelakich, w tym punktów gastronomicznych. Nie mała część z nich, nie bójmy się spojrzeć prawdzie w oczy, była mocno shitowa. Jednak reguły lubią mieć swoje wyjątki i wobec tego w  mym rodzinnym mieście otworzyła się pizzeria z prawdziwego zdarzenia – serwująca pizzę cieniuteńką, chrupiącą i nawet w piecu drewnem opalanym wypiekaną. Złe pizzowe wspomnienia zostały szybciutko wyparte i porządną pizzą do dziś nie pogardzę. A porządna pizza, to np. taka:

O przepisie na dobre ciasto do pizzy już wspominałam, ale o dobrych rzeczach nie szkodzi od czasu do czasu przypomnieć. Zatem: do miski wrzucamy 200 g mąki, 5  g suchych drożdży (albo 7 po tyle ma opakowanie), szczyptę cukru i szczyptę soli. Ponadto, z rzeczy mokrych, trochę mniej niż pół jajka, łyżeczkę oleju oraz 135 ml letniego mleka.

Składniki szybko łączymy łyżką w lekko klejące się ciasto

Następnie ciasto przerzucamy na podsypany mąką blat i w kilku (dosłownie) ruchach zmieniamy je w kulkę ciasta, tym razem już nieklejącego się.

Dalsza część postępowania nie podlega żadnym regulacjom prawnym, więc czyńcie wedle uznania. Tylko w charakterze przykładu powiem co zrobiłam ja.

Ciasto można piec w kształcie dowolnym, na wyłożonej papierem blaszce. Aby uzyskać idealnie okrągły kształt wspomagam się foremką do tarty. Z podanych proporcji wychodzi jedna duża blaszka (45X50) albo dwie okrągłe pizze o średnicy 26-27 cm.

W charakterze sosu lubię używać adżyki (czy jakkolwiek się to transponuje na polski, w oryginale jest to аджика) – pikanej pasty z duszonych warzyw, wśród których są m.in. pomidory, więc śmiało może zastępować klasyczny sos pomidorowy.

Dalej ser, cebula, kapary

Na koniec parę plastrów przedniej szynki

I pakujemy pizzę do piekarnika (220 stopni + termoobieg) na 12 minut. No. Co fakt, to fakt. Porządnej pizzy nie można nie lubić.

Włosi wiedzą najlepiej co to upały, prawda?

Zwykły wpis

Dziatki moje miłe! Ciocia centka Wam teraz powie, że było takie lato w czasach starożytnych, a konkretnie w 2001 roku, kiedy upały nastały straszliwe, mniej więcej takie jak teraz. Gorąc był nieprzeciętny. Ogólnie, jedyne co człowiek mógł robić nie narażając się na utratę godności i dostojeństwa, to leżeć, bo wszelkie próby wykonywania ruchów, nawet niegwałtownych, kończyły się tak samo – pot tryskał ze wszystkich porów na ciele. A przyznacie, że pot i człowiecza godności mają coś w sprzeczności.

Ale ja o czym innym. Rzec Wam chciałam, że w tych oto zamierzchłych czasach ciocia centka miała okazję mieszkać przez chwilę z dwiema Włoszkami. I prawdopodobnie lepiej się złożyć nie mogło, bo kto jak kto, ale Włosi, z racji położenia geograficznego kraju swego, chyba powinni wiedzieć doskonale jak sobie radzić z atakiem tropikalnej aury, prawda? Bo że z makaronem sobie radzą nie najgorzej, to się rozumie samo przez się. Bycie makaroniarzem zobowiązuje.

No i w tym momencie historii zaczyna nam się wyłaniać jej sedno. Bowiem dziś będzie o cudownie prostym, absolutnie smakowitym i bardzo letnim sposobie na makaron. To nawet nie jest przepis. To coś, co „moje” Włoszki robiły ot tak sobie, od niechcenia, bez trzymania się proporcji, bez konsekwencji w doborze składników. Temat wchłonęłam natychmiast, bo na lato jest fenomenalnie idealny. Musicie spróbować!

Cudowność tego przepisu kryje się m.in. w tym, że nie wymaga stania przy buchających parą garach i patelniach. Zdecydowaną większość tematu obsługujemy na zimno, co przy afrykańskim skwarze tkwiącym w każdej cząsteczce powietrza jest błogosławieństwem. Ugotować należy jedynie makaron i jajka na twardo – żadne z dwojga nie wymaga obecności w kuchni przez czas dłuższy niż minuta. Resztę składników można przetworzyć w najchłodniejszym miejscu domu, np. w sypialni, gdzie nie wiedzieć czemu jest najchłodniej.

No to do dzieła! Bierzemy parę nieskomplikowanych składników i równie niewyrafinowane kuchenne utensylia.

Pomidory ścieramy na grubych oczkach. Jeśli mają bardzo dużo soku, to tylko połowę pomidorów ścieramy w całości, a z reszty bierzemy jedynie miąższ.

Do pomidorowego przecieru dodajemy cebulę. Tym razem wzięłam dymkę, więc ją posiekałam. Zwykłą cebulę trę na wzór pomidorów na tarce. Oprócz tego do pomidorów wrzucamy czosnek i chili, z czego to ostatnie nie jest obowiązkowe.

Spora garść siekanej bazylii jest dobrym pomysłem. Alternatywnie nada się szczypior, pietruszka lub kolendra.

Teraz czas na jajka – je również ścieramy na tarce.

Wszystko solimy, pieprzymy i podlewamy hojnie oliwą. Sos mieszamy, po czym wrzucamy nań gorący makaron.

Mieszamy, na talerze przekładamy, szczyptą parmezanu ukraszamy i gotowe. Wspominałam już, że to danie idealne na lato? Nawet jak wspominałam, to nie zaszkodzi przypomnieć :-)

Sernik nadziewany rozkoszą

Zwykły wpis

Jak zwykle nie wiem co było pierwsze. Nierozstrzygalny dylemat jajka i kury przetacza się przez moją kuchnię z wielką regularnością. Nie wiem, czy mając ochotę na sernik przypomniałam sobie pewien przepis z zeszytu, czy też przepis przebił się z zakonserwowanych wspomnień i ochotę na sernik wzbudził. Tak czy siak stanęło na serniku. Z jagodami.

Ja nie będę się rozpisywać dalej. Bo jest tak gorąco, że i tak nikt tego nie przeczyta (sprytnie odwróciłam kota ogonem, by nie wyszło, że jest za gorąco, więc nie chce mi się pisać). W ramach rekomendacji powiem Wam tylko, że pół sernika zaniosłam pracowym łakomczuchom. Gdy szacowne towarzystwo rozpoczęło konsumpcję, z mojego pokoju zaczęły się rozchodzić dźwięki sugerujące wyuzdaną orgię z wielokrotnymi orgazmami. Obawiam się, że wkrótce zostanie mi wręczone wypowiedzenie wskazujące „nieobyczajne zachowanie” jako powód rozwiązania stosunku pracy. Ale co tam, ten sernik jest tego wart!

Sernik jest tak nieprzyzwoicie pyszny, że powinien wymagać ogromnych nakładów pracy. A on lekceważy sobie swą powinność i jest banalnie prosty. Wystarczy skruszyć 250 g ciasteczek digestive i połączyć okruchy z rozpuszczonym masłem w ilości 125 g.

Powstałą masą wylepiamy tortownicę (wszystkie składniki są w proporcji na średnicę 26 cm).

Przygotowaną formę wsadzamy do lodówki na czas dalszych przygotowań. A dalsze przygotowania zakładają połączenie 900 g twarogu mielonego trzykrotnie i 250 g mascarpone. Oba sery powinny być w temperaturze pokojowej. Do serów dodajemy 100 g śmietanki i 250 g cukru.

Miksujemy wszystko porządnie po czym przechodzimy na niższe obroty miksera i dodajemy kolejno, jedno po drugim, 6 jaj. Jajka również powinny mieć temperaturę pokojową.

Następnie rozpuszczamy w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce 200 g białej czekolady. Ja to robię w mikrofali na niewysokiej mocy (300 W) – czekolada się rozpuszcza, ale nie zagrzewa. Bo chodzi o to, by do masy serowej nie dodawać czekolady gorącej, a co najwyżej letnią.

Ostatnia rzecz – do masy dodajemy 65 g skrobi ziemniaczanej i łyżkę esencji waniliowej lub po prostu budyń waniliowy w tej samej ilości. Ok, masa serowa jest gotowa. Czas ją przelać do formy wyłożonej ciasteczkami. Ale najpierw słowo ostrzeżenia – sernikowi nie można ufać na surowo, gdyż nadmiernie płynny jest. Ryzyko istnieje, że wycieknie szczelinami. Czyli formę trzeba obowiązkowo zabezpieczyć folią, a dopiero potem zapełnić serową masą.

Na wierzch sera wrzucamy jagody – ze dwie garście

Sernik pieczemy w 180 stopniach 1h’10 -1h’20 minut, do czasu aż po brzegach będzie ścięty, ale na środku jeszcze trzęsący jak galareta. Sernik nieco urośnie podczas pieczenia, ale stygnąc opadnie do poziomu sprzed pieczenia.

Sernikowi trzeba dać ostygnąć do temperatury pokojowej, a następnie na parę godzin (a najlepiej na całą noc) wstawić do lodówki. Za to gdy ten czas minie z lodówki wyłoni się kremowa rozkosz w czystej postaci. Fenomenalna pychota!

Orzeźwienie kontratakuje

Zwykły wpis

Zasadniczo pobieżnie zaczęło mi się podobać. Te upały, znaczy się. Bo najpierw, to jednak miałam coś przeciwko. Wszak żyć i funkcjonować na normalnych obrotach, to się w ten sposób nie da. Zwłaszcza, jak nie ma się w pracy klimy (tak, są jeszcze takie miejsca na tym łez padole!). Ale. Nie tylko ja doświadczam zwolnienia obrotów. Doświadczają go również wszyscy wokół.

Każdy, w pełni egalitarnie, topi się na słońcu, wzdycha, żąda prawa do sjesty oraz pogardliwie prycha na jakikolwiek dress code. Każdy brutalnie domaga się prawa do odsłaniania nie tylko ramion i palców u stóp, ale również każdej innej części ciała, jeśli tylko daje to nadzieję na odrobinę orzeźwienia. Szef wszystkich szefów zrzuca krawaty na rzecz bermudów, bardzo ważna pani dyrektor obcasem próbuje zmusić hydrant by swą wodną moc uwolnił,  a spięty na co dzień kierownik tapla się beztrosko w fontannie.

Wobec takiego rozluźnienia obyczajów praca bardziej przypomina plażę. A że poplażować sobie lubię, to i te upały w końcu zyskały mą sympatię. A jak jeszcze zapewnimy menu odpowiednie do poziomu słupka rtęci, to już naprawdę nie ma na co narzekać.

Lekka, bardzo soczyście orzeźwiająca sałatka, przy której na dodatek nie ma wiele pracy. Czy może być coś lepszego na tropikalne upały? Pewnie nie.

Sprawa jest prosta.Siekamy jedną czerwoną cebulę na cienkie półplasterki, które wrzucamy do soku z limonki by straciły część swej zadziorności.

W czasie gdy cebula się pluska w soku, poddajemy dekompozycji dorodnego arbuza. Idealnie gdy arbuz jest schłodzony, ale nie aż tak lodówkowo zimny.

W międzyczasie możemy sobie zblenderować parę arbuzowych kąsków z miętą i lodem, a dalsza część przygotowań stanie się przyjemniejsza.

Po arbuzie bierzemy się fetę – ją również rozbijamy na części pierwsze. Na 3/4 arbuza wzięłam jedno opakowanie fety.

Łączymy w kolorowy patchwork arbuza, fetę i listki z paru gałązek mięty.

Wprowadzamy dodatkowe kolory pod postacią cebuli (sok z limonek zachowujemy) i czarnych oliwek

Jeszcze ostatnie szlify – szczypta grubotłuczonego czarnego pieprzu, kapka oliwy i pozostałego po moczeniu cebulki soku z limonek i…

… i porcja orzeźwienia gotowa! Pycha! Z resztą przepis ze zbiorów Nigelli, więc nie mogło być inaczej.