Monthly Archives: Grudzień 2011

Odlot!

Zwykły wpis

Odlot! Nie kulinarny. Choć liczę, że to też nastąpi. Ale dziś czas na odlot w rozumieniu klasycznym, czyli poprzez oderwanie od płyty lotniska. Jest możliwe, a wręcz prawdopodobne, że wobec natłoku wrażeń oraz częstych przerw w dostawie prądu będę poza siecią. Jest też możliwe, że zginę, przepadnę, zgubię się i słuch po mnie zaginie. W końcu jadę bez planu, za to z Niesfornym Mężem i Dziołchą, a nasze wypady nigdy nie toczą się według utartych schematów.

Zatem już teraz życzę Wam świąt dokładnie takich o jakich marzycie – rodzinnych, śnieżnych i wesołych lub wyjazdowych, słonecznych i też wesołych. Każdemu według potrzeb.

Do zobaczenia za miesiąc!

PS. Kot próbował się zabrać z nami, ale ukrycie się w plecaku nie było tak przebiegłe jak mu się wydawało.

To co najlepsze w serniku (prawdopodobnie)

Zwykły wpis

Może to się nie rzuciło w oczy, bo raptem jeden sernikowy przepis trafił na bloga (i tu od razu pragnę się pokajać, czaszkę popiołem sypię i ogólnie skruchę wyrażam), ale sernik kocham miłością żarliwą i od lat niezmienną. Stop – pierwsze zdanie, a ja już skłamałam. Miłością zmienną. Bo od czasu odkrycia sernika nowojorskiego, sernikowa miłość przeszła na kolejny level intensywności. I nie wiem co bardziej mnie kręci – czy serowa, grzesznie kremowa i ciężka masa, czy też maślany, krucho-słony spód.

No właśnie, ten spód z ciasteczek Digestive konkuruje z masą o moją uwagę. Uwielbiam jego smak i fakturę. I chcę go jeść częściej. A sernik ma jedną podstawową wadę, rzucającą cień na nasze relacje – wymaga parugodzinnego, a najlepiej całonocnego leżakowania w lodówce. Cały dom pachnie, a z degustacją trzeba czekać do dnia następnego. Nieludzkie! Mniemam, że nie ja jedna tak odczuwam sprawę, bo gdzieś w necie (autora przepraszam, nie mam pojęcia gdzie i kiedy to było) trafiłam na cudowny pomysł wykorzystania sernikowego spodu w sposób umożliwiający natychmiastową konsumpcję.

No właśnie – kruszonka z ciasteczek. Jest to rozwiązanie 80% moich problemów egzystencjonalnych, lek na prawie całe zło tego świata i, nade wszystko, genialny smak.

Owoce, mogą być mrożone, wrzucamy do żaroodpornego naczynia i otulamy łyżką skrobii.

Ciasteczka kruszymy.

Dodajemy rozpuszczone masło – ok. dwa razy mniej niż ciasteczek.

Hojnie obsypujemy owoce kruszonką.

Pieczemy ok. 35-40 minut w 220 stopniach. Jeśli chcemy uraczyć gości, to lepiej robić owoce w indywidualnych ramekinach, bo nie da się ich elegancko porcjować. Natomiast domownicy oraz goście na prawach domowników będą usatysfakcjonowani w każdym wypadku.

Kapka kremówki lub bita śmietana w charakterze dodatku nie są złym pomysłem.

Trzy kolory pretekstu

Zwykły wpis

A było to tak, że w pracy dziewczyny rozmawiały o kremie z octu balsamicznego. Ja nawet w tej rozmowie nie uczestniczyłam, bo pochłonięta byłam bez reszty jakąś tabelką, pismem, wykresem czy inną poezją, która absolutnie i kategorycznie wymagała skończenia na już. One i ja zdawałyśmy się istnieć w tym momencie w równoległych wszechświatach. Że między tymi wszechświatami był jakiś tunel wyszło na jaw później. A dokładnie wtedy, gdy w mojej głowie, pozornie znikąd, zagościła wizja kremu z balsamico, której nie mogłam się oprzeć.

Musiałam znaleźć towarzystwo dla kremu. Ja, co prawda, byłabym go słonna jeść na kanapkach, a nawet wyjadać łyżkami. Ale Niesforny Mąż nie jest aż takim fanem tej słodko-kwaśnej aromatycznej mazi. Na oświecenie, na szczęście, nie musiałam długo czekać. Na warzywach tak zapachniało mi bazylią, że caprese stało się oczywistym wyjściem z sytuacji.

Składniki na caprese nie są kłopotliwe – pomidor, mozarella, bazylia. Myjemy, koimy, układamy na talerzu.

Teraz czas na krem, od którego cała historia się zaczęła. Ocet balsamiczny redukujemy, obowiązkowo na małym ogniu. Nie wolno pozwolić mu się przypalić, bo będzie gorzki. Zwłaszcza uważać trzeba gdy już zaczyna gęstnieć i się karmelizować. Odparowujemy go mniej więcej do czasu gdy zmniejszy swą objętość o połowę. Należy wziąć poprawkę na to, że gdy wystygnie będzie bardziej gęsty.

Na trzecim obrazku widać gęstość na gorąco, na czwartym – na zimno. W przypadku wątpliwości najlepiej przełożyć odrobinkę na zimny spodek – stygnie i gęstnieje bardzo szybko, co pozwala sprawdzić czy już czas na koniec gotowania.

Teraz kapka oliwy, esy-floresy z kremu i gotowe. W prostocie siła.

Wręcz przeciwnie.

Zwykły wpis

Trafiłam w sklepie na marynowane kurki. Niby nic trudnego, choć fakt, stoją troszkę na uboczu. Ale clue mojego trafienia zawiera się w tym, że trafiłam na nie w promocji. Co przeważyło szalę. Bo jednak regularne 11-12 zł za mały słoiczek działa na mnie trochę odstraszająco.

Jak już słoik kurek znalazł się w moim posiadaniu, to nie miałam żadnych wątpliwości jak je spożytkować. Mam w zeszycie jedną ze swoich ulubionych sałatek, do której zrobienia prawie zawsze pretekstem są promocyjne kurki. Zatem dziś będzie wręcz przeciwnie. W odniesieniu do wczoraj, nie do kurek. Będzie szybko, łatwo, za to z efektem gwarantowanym. I nawet troszkę wykwitnie.

Składników nie jest wiele. Na początek część grzybno-warzywna: 1 sałata lodowa, 1 cebula czerwona, 1 słoik marynowanych kurek (200-300 g).

Następnie wędzony łosoś w ilości 150-200 g.

I ostatni krok – sos, zrobiony z dwóch łyżek majonezu i łyżki koncentratu pomidorowego.

A w sekrecie Wam powiem, że najlepiej wrzucić wszystko do miski i porządnie wymieszać z sosem. Sałatka traci przez to na estetyce, ale zyskuje na smaku.

 

Tort o niewymawialnej nazwie

Zwykły wpis

Zobaczyłam ten tort i wpadłam w zachwyt. Zapragnęłam go zrobić już, teraz, natychmiast. Moje wyobrażenie o jego wspaniałości rosło z każdą sekundą oczekiwania na jego przyrządzenie, a że musiałam poczekać aż tydzień, to tort w tym czasie zdążył przeobrazić się w świętego grala, kamień filozoficzny i eden w jednym. Przy tak wysoko postawionej poprzeczce nie było łatwo. I cóż, nie będę kłamać, zawiodłam się.

Nie, nie, nie – nie zniechęcajcie się. Tort jest bardzo smakowity. Ja po prostu nie podołałam sugerowanej dekoracji. Oraz uważam, że proporcje masy czekoladowej wymagają korekty. I nazwa mogłaby być łatwiejsza, bo za chińskiego boga nie jestem w stanie jej zapamiętać. Poza tym, to naprawdę smaczny tort.

Przepis jest trochę przydługi, uprzedzam lojalnie. Ale nie ma w nim nic trudnego, po prostu jest dużo czynności do wykonania.

1) Spód (tu i w dalszej części wszystkie proporcje podaję na tortownicę o średnicy 26 cm)

  • 185 g białek (z ok. 5,5 jajka)
  • 130 g żółtek (z ilości jajek jak wyżej)
  • 175 g masła w temp. pokojowej
  • 175 g cukru
  • 120 g gorzkiej czekolady (w oryginale było 60 g czekolady i 60 g masła kakaowego)
  • łyżka kakao
  • 210 g mąki
  • łyżka proszku do pieczenia

Czekoladę rozpuszczamy, połowę cukru ubijamy na sztywno z białkami, drugą połowę cukru ucieramy na puch z masłem. Do masła, nie przerywając ubijania, dodajemy po kolei żółtka oraz jeszcze ciepłą czekoladę. Następnie, z miksera przerzucamy się na łyżkę i na zmianę dodajemy mąkę przesianą z kakao i proszkiem do pieczenia oraz ubite białka. Pieczemy w 180 stopniach do suchego patyczka. Oryginalny przepis mówił o 20 minutach, u mnie to trwało 40.

2) Czas na masę białą – krem bawarski.

5 żółtek ucieramy z 40 g cukru na biało. 235 ml mleka doprowadzamy do wrzenia i cienką strużką wlewamy do utartych żółtek nie przerywając ubijania. Masę mleczno-jajeczną przelewamy do garnuszka i podgrzewamy cały czas mieszając do temperatury 85 stopni. Nie mam termometra kuchennego, więc stopień podgrzania mierzyłam poprzez wsadzenie palucha do masy w profesjonalnej i precyzyjnej skali zimne-letnie-ciepłe-parzy-parzy bardzo-wrzątek. Podgrzewanie należy przerwać gdzieś między parzy a parzy bardzo. Zestawiamy z ognia.

Do gorącej masy dodajemy 200 g białej czekolady oraz 15 g żelatyny rozpuszczonej w małej ilości gorącego mleka. Dodatkowo w oryginalnym przepisie była pasta z orzechów laskowych (90g), której nawet nie miałam pomysłu gdzie kupić, więc po prostu pominęłam.

Gdy czekolada i żelatyna się rozpuszczą, ubijamy masę pozwalając jej ostygnąć do 35 stopni (w skali paluchowej – letnie). Przestudzoną masę łączymy z ubitą kremówką (500 g).

3) A teraz masa czekoladowa.

W oryginalnym przepisie była to kremówka pół na pół z mleczną czekoladą (po 300 g). Z tych proporcji wyszedł mi pyszny czekoladowy sos, który miałam ochotę wyjadać łyżkami. Niestety, nie tężał do konsystencji dającej się kroić. Nim zorientowałam się w sytuacji, część zbyt rzadkiej masy zdążyłam wylać na tort, resztę próbowałam ratować. Część odlałam, a do pozostałej dodałam więcej czekolady. Ogólnie wyszło mi, że proporcje powinny być takie: 150 g śmietanki, 400 g czekolady, z czego przynajmniej jedną mleczną tabliczkę zastąpiłabym czekoladą gorzką. A proces przygotowania jest prosty – podgrzewamy śmietanę do prawie-wrzenia i rozpuszczamy w niej połamaną czekoladę.

4) Składamy podzespoły w całość.

Próbowałam poskładać wg instrukcji z przepisu, co zfrustrowało mnie, bo a) było męczące i b) i tak nie wyszło odpowiednio ładnie. Następnym razem przełożę po prostu biszkopt obiema masami. Ale napiszę jaka była intencja – kto uzdolniony plastycznie bardziej ode mnie (a o to naprawdę nie trudno) niech próbuje.

Biszkopt należy przekroić na dwa płaty i ze spodniej części odkroić brzeg, tak by miał średnicę nieco mniejszą niż tortownica.

Zakładamy rant tortownicy i zalewamy spód białą masą, wpychając ją w szczelinę powstałą po ucięciu brzegu spodniego blatu. Wstawiamy blachę do lodówki, żeby masa nieco stężała.

Po ok. pół godzinie wyciągamy blachę i tężejącą masę rozgarniamy na boki, robiąc po środku zagłębienie. Wrzucamy tam okruchy ciasta pozyskane z drugiego płata biszkoptu oraz orzechy laskowe. Zalewamy częścią masy czekoladowej. Wstawiamy do lodówki.

Masa czekoladowa o właściwych propocjach powinna stężeć. Gdy to nastąpi, resztę masy wylewamy na wierzch i wyrównujemy poziom. Teoretycznie zostawiając biały brzeg. Mi od tego momentu już się ciasto sypało, więc by skrócić swe cierpienia pojechałam czekoladą po całości.

Wierzch dekorujemy prostopadłościanami wyciętymi z drugiego płata biszkoptu i orzechami laskowymi. Proszę, nie sugerujcie się moimi zdjęciami. Nie ma przeciwskazać, by zrobić to ładnie.

A tu dowód na niesłuszność oryginalnych propocji – masa na spodzie, po całej nocy w lodówce, nadal rozpływa się i kroić się nie daje:

 

 

Obiad z lodów

Zwykły wpis

Pierwszy od dłuższego czasu nieremontowy dzień weekendowy się w końcu nam przytrafił. Zalegliśmy sobie beztrosko przed telewizorem, racząc się odmóżdżającą telewizją weekendową, nie mając nawet żadnych wyrzutów sumienia na tym tle. Przerywaliśmy ten proceder jedynie na przyjemności. A to późne śniadanie, a to kawka, lampka wina, kocyk na nogi i mruczący Kot pod rękę. Po paru godzinach lenistwa odczuliśmy potrzebę konsumpcyjną, bliżej niesprecyzowaną. Z poziomu kanapy zaczęłam przywoływać w pamięci zawartość lodówki. Musztarda? Nie. Pomidor? Nie. Niezidentyfikowana zawartość słoika na górnej półce? Zdecydowanie nie. Hmmm… A czy przypadkiem przy ostatnim przeglądzie zamrażalnika nie wpadły mi w oko lody? Coś mi się majaczyło, że tak. 

Z miejsca nabraliśmy ochoty na zimną gąłkę lodów pod kolejny kubek gorącej kawy. Myśl ta zmotywowała mnie na tyle, że aż podniosłam się z kanapy i podreptałam ku lodówce. Rozpoczęłam przekopywanie szuflad zamrażalnika i bingo! Lodowe pudełko zaiste tam było. I już był w ogródku, już witał się z gąską, gdy wtem nagle… czar prysł po otwarciu pudełka.

Rzekome lody okazały się być zamrożoną solidną porcją kurek, które zapewne od mej Madre dostałam, schowałam, zapomniałam. Rozczarowanie związane z brakiem lodów szybko ustąpiło radości wielkiej z cudownego odnalezienia  kurek wynikłej. I pomysł na ich wykorzystanie od razu się zmaterializował.

Kurkom pozwoliłam rozmrażać się na patelni w oparach podsmażonej cebuli.

W międzyczasie polędwiczki wieprzowe pokroiłam na mniejsze kawałki, popieprzyłam, ze wszystkich stron obsmażyłam.

Mięso dorzuciłam do grzybów, podlałam bulionem i pozwoliłam mu się dusić pod przykryciem na wolnym ogniu do miękkości.

Pod koniec zdjęłam pokrywkę, zwiększyłam ogień i pozwoliłam połowie płynu odparować. Ubytek uzupełniłam śmietanką.

Hmmm… Pyszności. Obowiązkowo z natką pietruszki.

A winny temu jest Makłowicz. Robert.

Zwykły wpis

A było to tak, że Makłowicz namieszał nam w głowie. W ramach przedpodróżnych przygotowań obejrzeliśmy jego program, z którego wynikało, że:

  1. O kuchnię portugalską w Luxemburgu łatwiej niż o luksemburską
  2. W każdej restauracji podają sztandarowe danie kuchni luksemburskiej, czyli steak Américain (co trąci pewną sprzecznością z punktem pierwszym, ale wzięliśmy temat na wiarę).

Efekt był taki, że najpierw przez pół wyjazdu szukaliśmy rzeczonych Portugalczyków. Bezskutecznie. Poddawszy się skierowaliśmy energię na poszukiwanie kulinarnej dumy kraju. Znaleźliśmy. W aż jednej restauracji. W absurdalnie wysokiej cenie. Poddaliśmy się po raz drugi. Ale, jak może pamiętacie, wcale nie był to kulinarnie rozczarowujący wyjazd. A co się odwlecze, to nie uciecze.

Okazji do spróbowania rzekomo typowego luksemburskiego dania przyniosła wizyta w sąsiedniej Francji. Z tym, że tam funkcjonuje ono pod nazwą steak tartar.

Steak tartar to danie dla wysublimowanych barbarzyńców, swobodnie podchodzących do tradycji. Jest to bowiem surowe mięso, jednak przetworzone w najdelikatniejszą, kremową materię, na dodatek tak nie podobną do naszego tatara, jak to tylko możliwe. Nie mogłam nie przygarnąć pod swą strzechę tego francusko-luksemburskiego kolegi tatara, bo za tym ostatnim szaleję od dziecka i jego przyjaciele są moimi przyjaciółmi :-)

No to do dzieła!

Przygotowujemy pierwszą porcję składników:

  • 1/2 posiekanej cebulki
  • 2 łyżki kaparów
  • 8 posiekanych korniszonów
  • 2 łyżki posiekanej pietruszki
  • 2 łyżki oliwy extra-virgin
  • 1 posiekany ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki białego pieprzu
  • 6 łyżek majonezu
  • pół łyżeczki tabasco

Składniki te należy przygotować na początku, bo potem trzeba działać szybko. Bowiem mięso nie powinno się zbytnio zagrzać w procesie przygotowywania potrawy. Zatem wyciągamy zimny kawałek najładniejszej wołowiny z lodówki (ok.0,5 kg), kroimy w kostkę i albo siekamy ostrym nożem na drobnicę, albo wrzucamy do robota kuchennego.

Do rozdrobnionego mięsa dokładamy wszystkie wymienione wyżej dodatki za wyjątkiem majonezu i wyrabiamy przez 3-4 minuty. Następnie dodajemy majonez i wyrabiamy kolejne 3-4 minuty. Na koniec dodajemy: 

  • 2 łyżki musztardy dijon
  • 2 łyżki keczupu
  • 1 łyżka sosu worcestershire
  • sól do smaku

Mieszamy już krótko – do połączenia składników. Serwujemy z białym pszennym pieczywem lub (na modłę belgijsko-francuską) z frytkami.

Może i niewyględne to danie, nie fotogeniczne i ogólnie nie z tych, które pożera się wzrokiem. Ale  jest genialne.