Tag Archives: sałata

Orzeźwienie kontratakuje

Zwykły wpis

Zasadniczo pobieżnie zaczęło mi się podobać. Te upały, znaczy się. Bo najpierw, to jednak miałam coś przeciwko. Wszak żyć i funkcjonować na normalnych obrotach, to się w ten sposób nie da. Zwłaszcza, jak nie ma się w pracy klimy (tak, są jeszcze takie miejsca na tym łez padole!). Ale. Nie tylko ja doświadczam zwolnienia obrotów. Doświadczają go również wszyscy wokół.

Każdy, w pełni egalitarnie, topi się na słońcu, wzdycha, żąda prawa do sjesty oraz pogardliwie prycha na jakikolwiek dress code. Każdy brutalnie domaga się prawa do odsłaniania nie tylko ramion i palców u stóp, ale również każdej innej części ciała, jeśli tylko daje to nadzieję na odrobinę orzeźwienia. Szef wszystkich szefów zrzuca krawaty na rzecz bermudów, bardzo ważna pani dyrektor obcasem próbuje zmusić hydrant by swą wodną moc uwolnił,  a spięty na co dzień kierownik tapla się beztrosko w fontannie.

Wobec takiego rozluźnienia obyczajów praca bardziej przypomina plażę. A że poplażować sobie lubię, to i te upały w końcu zyskały mą sympatię. A jak jeszcze zapewnimy menu odpowiednie do poziomu słupka rtęci, to już naprawdę nie ma na co narzekać.

Lekka, bardzo soczyście orzeźwiająca sałatka, przy której na dodatek nie ma wiele pracy. Czy może być coś lepszego na tropikalne upały? Pewnie nie.

Sprawa jest prosta.Siekamy jedną czerwoną cebulę na cienkie półplasterki, które wrzucamy do soku z limonki by straciły część swej zadziorności.

W czasie gdy cebula się pluska w soku, poddajemy dekompozycji dorodnego arbuza. Idealnie gdy arbuz jest schłodzony, ale nie aż tak lodówkowo zimny.

W międzyczasie możemy sobie zblenderować parę arbuzowych kąsków z miętą i lodem, a dalsza część przygotowań stanie się przyjemniejsza.

Po arbuzie bierzemy się fetę – ją również rozbijamy na części pierwsze. Na 3/4 arbuza wzięłam jedno opakowanie fety.

Łączymy w kolorowy patchwork arbuza, fetę i listki z paru gałązek mięty.

Wprowadzamy dodatkowe kolory pod postacią cebuli (sok z limonek zachowujemy) i czarnych oliwek

Jeszcze ostatnie szlify – szczypta grubotłuczonego czarnego pieprzu, kapka oliwy i pozostałego po moczeniu cebulki soku z limonek i…

… i porcja orzeźwienia gotowa! Pycha! Z resztą przepis ze zbiorów Nigelli, więc nie mogło być inaczej.

Dowód nienaukowy z użyciem Kota i szpinaku

Zwykły wpis

Szpinak, jak wiadomo dzięki radzieckim naukowcom, jest nieocenionym źródłem żelaza. Ba! Ma go więcej niż gwoździe! Nie dziwi zatem historia marynarza Popeye o cudownie nieproporcjonalnym bicepsie, który doznawał przypływu sił nadprzyrodzonych wskutek konsumpcji szpinaku. Nie zdziwi pewnie nikogo również fakt, że chcąc rozbrykać ospałego Kota, chcąc wlać w niego odrobinę młodzieńczej swawoli i entuzjazmu, sięgnęłam właśnie po szpinak.

Dla przeprowadzenia eksperymentu konieczne były:

  1. Kot
  2. Szpinak

Biceps Kota nie uległ natychmiastowej przemianie. Przyczyny upatruję w różnicy fizjologii Kota i marynarza. Aby jednak nie przesądzać o wynikach badań zbyt wcześnie, postanowiłam dać szpinakowi trochę czasu by zadziałał na koci organizm.

Aby czasu oczekiwania nie marnotrawić, przeszłam od razu do eksperymentów na ludziach. Pomna, że Popeye jadł szpinak puszkowany, czyli przetworzony, odparowany, skoncentrowany, postanowiłam szpinak trochę podrasować. Truskawką, między innymi.

Dodatkowo garść truskawek maltretujemy na gęstym sicie i wydobywamy z truskawek nieco soku.

Do truskawkowego soku dolewamy w równej proporcji octu balsamicznego i gotujemy pospołu na maleńkim ogniu, aż uzyskamy gęsty esencjonalny krem.

Truskawkowe balsamico łączymy z oliwą w proporcji 1:1

Substancje te dzikimi wstrząsami łączymy w gładką emulsję, którą dodajemy do szpinaku z truskawkami.

Sałatkę, dla chrupkości, wzbogacamy o prażony sezam

Na koniec dodajemy kąski koziego sera

Eksperymenty na ludziach czas zacząć! Aplikujemy w towarzystwie kawałka przedniego pieczywa.

Uprzejmie donoszę, że skutki były następujące. Kot zdrzemnął się przed telewizorem (i to wcale nie dlatego, że dałam mu przykład). Za to Niesforny Mąż niespodziewanie odkurzył. Niniejszym nienaukowo zostało udowodnione, że szpinak pobudzająco działa tylko na mężczyzn. Bo Kot to kobieta.

Kopernik była kobietą

Zwykły wpis

Niesforny Mąż złożył zamówienie na sałatkę szopską. Niesforny Mąż zamawiający sałatkę jakąkolwiek to zjawisko dość niezwykłe, bowiem jest z niego zatwardziały mięsożerca. Wielbiący towarzystwo węglowodanów. A tu taka zachcianka mu się pojawiła! Przyjęłam to bez polemiki.

Sałatka szopska, jak to sałatki mają na ogół w zwyczaju, wymaga wizyty w warzywniaku. Poszłam więc tamże. Wchodzę i widzę, że piękne pomarańcze kuszą i nęcą swymi krągłościami. Na pierwszy rzut oka widać, że to kobiety. A podpis głosi pomarańcz. I nie, nie była to pomyłka, nie była to zgubiona przez nieuwagę końcówka. Było to działanie z premedytacją, podsycane przez latające wokół pomarańcz dziś słodziutka, pół kilo pomarańcz i ten pomarańcz nie ma pestek.

Nie mogłam uratować wszystkich. Ale kilka sztuk wyrwałam spod szowinistycznego męskiego jarzma. A Niesforny Mąż, chcąc nie chcąc, musiał się przyłączyć do feministycznego frontu, bo sałatki szopskiej nie było. Była sałatka z pomarańczą. pomarańczą.

Coś podobnego widziałam u Pascala, aczkolwiek było to dawno, przepisu przy sobie nie miałam, a pomarańcze trzeba było ratować. Wyszła więc improwizacja na bazie pascalowego przepisu. Zaznaczę, że pyszna improwizacja.

Na początek potrzebna będzie sałata. Jeden rodzaj albo miks.

Do sałaty dodajemy miętę. Dużo, dużo listków mięty. Można też bazylię, ale przede wszystkim chodzi o miętę.

Krok numer trzy – wrzucamy uprażone na suchej patelni płatki migdałowe.

Ciach, ciach, ciach i plastry czerwonej cebuli lądują na wierzchu.

I teraz nadchodzi czas na wyzwolone pomarańcze. Trzeba z nich wyciąć „filety”. W tym celu pomarańczę ścinamy z góry i dołu, tak by swobodnie stała. Następnie ostrym nożem ścinamy skórkę, starając się usunąć białą błonkę.

Z obranej pomarańczy wykrawamy fileciki, czyli cząstki bez skórki.

Fileciki układamy na sałacie. A z tego co z pomarańczy zostało wyciskamy sok, który będzie stanowił bazę sosu.

Sos robimy z rzeczonego soku pomarańczowego oraz oleju / oliwy. Idealnie będzie pasował olej orzechowy, np. arganowy, ale z oliwą też nie będzie źle. Wlewamy sok i olej do słoiczka, wrzucamy szczyptę soli i pieprzu i rozpoczynamy dzikie wstrząsy, a’la szalony barman.

I wreszcie czas na wielki finisz. Czyli rumiany kozi ser. Taki z gatunku dojrzewających. Idealny byłby jeden duży plaster na osobę, ale ja miałam akurat chudziutki kawałek sera, więc kawałków dałam kilka.

Plastry sera przypiekamy na suchej patelni, aż będą pięknie złoto-brązowe.

Ser układamy na sałacie i gotowe. Potwornie pyszne.

Poświąteczny bilans

Zwykły wpis

Nie wiem jak to u Was bywa, ale w moim rodzinnym domu święta to najbardziej pracowity czas w ciągu roku. O słodkim lenistwie można zapomnieć, jakkolwiek mocno by się go w danym momencie nie pragnęło. Ma Rodzicielka w szaleństwo bowiem popada na ten czas. I najbardziej oporne jednostki w to szaleństwo też wciąga. Zatem wszyscy zrywają się, bądź są zrywani z łóżka skoro świt. Nawet nie brutalną siłą, a hałasem obijających się o siebie garnków. Nim człowiek oko porządnie zdąży otworzyć i kawy w przełyk pragnący kropelkę wlać, już jest zarzucany potokiem informacji o rzeczach, które już dawno powinny być gotowe, a nie są. Nim słońce na dobre wzejdzie, wszyscy zasuwają na wysokości lamperii, siekając, mieszając, odkurzając, wycierając, doprawiając i pod nosem te święta przeklinając.

Potem w końcu właściwy czas świąteczny  nastaje. I wraz z nim nowy rodzaj tortur duchowych i cielesnych zostaje aktywowany – nakrywanie do stołu, potraw podawanie, brudnych naczyń zbieranie, zmywanie, od nowa nakrywanie, kolejnych potraw podawanie i tak dalej, do utraty sił i zmysłów, zarówno po stronie obsługujących, jak i obsługiwanych. Bilans każdych świąt w domu spędzonych jest taki sam: przydałby się urlop na dojście do siebie po tym okresie świątecznego spokoju i zadumy. Ale, niestety, okrucieństwo życia nie ma czasem granic i trzeba wracać do pracy. Zatem, w ramach odprężenia dla styranych mięśni i żołądka, dziś kuracja sałatkowa. Lekka i bezwysiłkowa.

Prosto i szybko będzie, z jednym trikiem przez Rodzicielkę podpowiedzianym.

Na początek sałata. Górka, w sam raz dla osoby jednej, dwóch, trzech… – wedle uznania. Najlepiej mix sałat różnych. Dla wzbogacenia smaku i kolorystyki. I garść pomidorków koktajlowych – jakieś 7-8 na głowę.

Następnie czas na szynkę. Np. szwarcwaldzką. Lub inną wędzoną na surowo. W ilości 4-5 plasterków na głowę.

I tu czas na maminy trik nadchodzi. Szynki wędzone ciągliwe są. Co może czynić pałaszowanie sałatki nieco uciążliwym. Dolegliwości te znikają, jeśli szynkę się potraktuje temperaturą. A konkretnie podsmaży – dosłownie 2-3 sekundy. Kładziemy na gorącą, suchą patelnię i mrugnięcie oka później ściągamy. Ciągliwość znika jak zaczarowana.

Ostatnim po podsmażanej szynce składnikiem jest dojrzała gorgonzola. W ilości gdzieś między 50 a 100 g na głowę – w zależności od serolubności spożywających.

Sałatą wyścielamy miskę, wrzucamy na nią ćwiarteczki pomidorów, szynkę kroimy na mniejsze kawałki (ładna metoda – kroimy plaster wzdłuż, na dwa cieńsze paski, które następnie zawijamy w rulonik), obrzucamy całość kawałkami gorgonzoli i prawie jesteśmy na finiszu.

Teraz wystarczy sałatę skropić oliwą lub ziołowym vinegretem (oliwa, sok z cytryny, ulubione zioła, mała szczypta soli) i chrupać rozkoszując się poświątecznym spokojem.

Mój prywatny prześladowca

Zwykły wpis

To trwało dziesięć lat. Serio, nie przesadzam. Od dziesięciu lat prześladował mnie. Nie natarczywie – tego bym nie wytrzymała tak długo. Działo się to subtelnie, acz skutecznie. Co jakiś czas zakłócał mój spokój, przypominając o swoim istnieniu. Jakbym mogła zapomnieć! Od pierwszej chwili wiedziałam, że nasze drogi się przetną. Nie wiedziałam tylko kiedy. Aż w końcu stało się. Przepis wklejony do zeszytu dekadę temu doczekał się swojej realizacji.

Nie mam pojęcia, czemu tak długo zwlekałam ze zrobieniem tej sałatki. Zawsze był jakiś powód. Niekoniecznie dobry. Ale wobec skutecznego prześladowcy człowiek jest bezsilny. Musiałam ulec.

Państwo pozwolą, że przedstawię – oto sałatka sycylijska. Choć jej wygląd lepiej oddawałaby nazwa kolorowy dywan. Prześladowała mnie ze względu na swoje niezaprzeczalne piękno. Oraz składniki. Bo uwielbiam połączenie pieczonej papryki z czymś słonym. A anchois zdecydowanie do słonych należą.

Paprykę – sztuk kilka, w kolorach mieszanych – pieczemy celem pozbawienia skóry.

Spotkałam się z różnymi zaleceniami odnoście czasu i temperatury pieczenia papryk. Ja mam osobiste upodobanie w tym zakresie – piekę w bardzo wysokiej temperaturze, dodatkowo  z termoobiegiem i włączoną górną grzałką, za to możliwie najkrócej. W czasie pieczenia raz czy dwa zmieniam pozycję papryk, aby skórka sczerniała ze wszystkich stron.

Pakujemy osmalone papryki do torebek foliowych, zakręcamy szczelnie i odkładamy na parę chwil. Po takim potraktowaniu skórka schodzi bez grymasów.

Obrane papryki kroimy w paseczki.

Oprócz papryki w skład sałatki wchodzą anchois i kapary. Sól morska i pieprz też nie zaszkodzą.

Kapary, pokrojone na mniejsze kawałki anchois oraz paprykowe paski układamy w kolorową mozaikę. Nie zapominając o zielonym akcencie w postaci bazylii. Na koniec trochę grubej soli, pieprzu, kapka oliwy oraz octu balsamicznego i prześladowca jest skutecznie ujarzmiony. Pycha!

 

Człowiek to nie krowa

Zwykły wpis

Sałaty bywają u nas rzadko. Zdecydowanie za rzadko. Nietrudno zgadnąć dlaczego – Niesforny Mąż, jak każdy mężczyzna broniący swej jaskiniowej, atawistycznej męskości, zielsko uważa za pożywienie odpowiednie dla krowy. Człowiek natomiast jest oczko wyżej i, jeśli już, to rzeczoną krowę powinien spożywać. No dobrze, nie będę wszystkiego zwalać na Niesfornego Męża. Sama mam barbarzyńskie usposobienie i od kolebki miłością do mięsa pałam. W drugiej kolejności, z obiadowych składników zawsze pałaszowałam ziemniaki, a surówka gdzieś tam na końcu w hierarchii była.

No ale. Człowiek może i krowę je, ale to nie znaczy, że na jej wzór i podobieństwo ma nie zmieniać poglądów. Czasem wyłom od rutyny, lekka odskocznia (lekka w sensie dosłownym) nie zaszkodzi. Zwłaszcza pyszna odskocznia. Na poparcie tych słów posłużę się cytatem dosłownym. Niesforny Mąż, skosztowawszy dania, zapytał: „Co zrobiłaś tej trawie, że jest taka pyszna?”. Myślę, że taka rekomendacja jest wystarczająca. Zatem z czystym sumieniem polecam Wam tę konkretną trawę.

Kluczową sprawą jest sos. Dwie spore garście rukoli wymieszałam z 1 łyżką musztardy francuskiej, 1 łyżką syropu klonowego i 1 łyżką sosu sojowego.

Na towarzystwo wybrałam awokado i pomidorki. Po prostu ułożyłam na zielsku jedno i drugie, awokado dodatkowo skropiłam sokiem z cytryny, aby od razu nie zbrązowiało. I tyle – prosto, a jakże pysznie.

Trzy kolory pretekstu

Zwykły wpis

A było to tak, że w pracy dziewczyny rozmawiały o kremie z octu balsamicznego. Ja nawet w tej rozmowie nie uczestniczyłam, bo pochłonięta byłam bez reszty jakąś tabelką, pismem, wykresem czy inną poezją, która absolutnie i kategorycznie wymagała skończenia na już. One i ja zdawałyśmy się istnieć w tym momencie w równoległych wszechświatach. Że między tymi wszechświatami był jakiś tunel wyszło na jaw później. A dokładnie wtedy, gdy w mojej głowie, pozornie znikąd, zagościła wizja kremu z balsamico, której nie mogłam się oprzeć.

Musiałam znaleźć towarzystwo dla kremu. Ja, co prawda, byłabym go słonna jeść na kanapkach, a nawet wyjadać łyżkami. Ale Niesforny Mąż nie jest aż takim fanem tej słodko-kwaśnej aromatycznej mazi. Na oświecenie, na szczęście, nie musiałam długo czekać. Na warzywach tak zapachniało mi bazylią, że caprese stało się oczywistym wyjściem z sytuacji.

Składniki na caprese nie są kłopotliwe – pomidor, mozarella, bazylia. Myjemy, koimy, układamy na talerzu.

Teraz czas na krem, od którego cała historia się zaczęła. Ocet balsamiczny redukujemy, obowiązkowo na małym ogniu. Nie wolno pozwolić mu się przypalić, bo będzie gorzki. Zwłaszcza uważać trzeba gdy już zaczyna gęstnieć i się karmelizować. Odparowujemy go mniej więcej do czasu gdy zmniejszy swą objętość o połowę. Należy wziąć poprawkę na to, że gdy wystygnie będzie bardziej gęsty.

Na trzecim obrazku widać gęstość na gorąco, na czwartym – na zimno. W przypadku wątpliwości najlepiej przełożyć odrobinkę na zimny spodek – stygnie i gęstnieje bardzo szybko, co pozwala sprawdzić czy już czas na koniec gotowania.

Teraz kapka oliwy, esy-floresy z kremu i gotowe. W prostocie siła.