Tag Archives: mięsa

Być jak Pomysłowy Dobromir

Zwykły wpis

I kiedy myślę sobie, że to już nie ma sensu, że już nie dam rady, że na kolejnym zakręcie to już spektakularnie wywinę orła, no bo rąk brakuje, a ewolucja spłatała nam takiego psikusa, że stopy chwytne utraciliśmy, to się okazuje, że jakiś szatański pomysł, że jakaś myśl drobna gdzieś w czeluściach zwojów kiełkująca sprawia, że jednak będzie inaczej.

No bo przypomniało mi się coś pysznego. A potem się okazało, że nie dość że odnóży mi nie starczy na blendowanie sosu, to jeszcze nerkowców w domu nie mam. I już prawie się udało, już niemalże ulatniała się ta chęć rozpieszczania kubków smakowych, gdy jednak drzemiący we mnie młody wynalazca orzekł, że da się. I nie, wcale nie wyhodowałam naprędce dodatkowych kończyn. Po prostu wpadłam na skrót genialny w swej prostocie i pyszności. Zamiast orzechów w swej naturalnej postaci użyłam kremowego masła orzechowego. Wyszło obłędnie pysznie. Bo wiadomo – pysznie być musiało, inaczej cała ta zabawa nie miałaby sensu.

Cooking&eatingCurry orzechowe z kurczakiem w tej wersji robi się szybko i prosto. Na początek siekamy chili, czosnek i dymkę.

Cooking&eatingPodsmażamy wszystko krótko na niewielkiej ilości tłuszczu, a następnie dodajemy łyżkę sporą garam masali. No chyba, że macie jakąś bardzo ostrą mieszankę, to wtedy trochę mniej.

Cooking&eatingGdy przyprawy rozwiną swój aromat dorzucamy kurczaka – skrojony w grubą kostkę podwójny filet z piersi. Obtaczamy go dokładnie w zawartości rondla i podsmażamy 2-3 minuty.

Cooking&eatingTeraz czas na masło orzechowe – dorzucamy go solidną łychę

Cooking&eatingDajemy mu chwilę aby połączyło się z przyprawami, a my w tym czasie sięgamy po śmietankę kokosową – małą puszkę czyli 125 ml.

Cooking&eating

Cooking&eating

Kurczaka dusimy w śmietance ok. 20 minut. Jeśli zbyt wiele wody odparuje, możemy sos troszkę rozrzedzić. I tyle. Prawda że szybko? A jak smakowicie! Dzięki ci opatrzności za masło orzechowe!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Kaczka, wcale nie dziwaczka

Zwykły wpis

Nad rzeczką, opodal krzaczka, mieszkała kaczka. Wcale nie dziwaczka. Po prostu postępowa była i nie wahała się latać obok klucza, zamiast w nim. Była ambitna i chętnie się uczyła – oprócz kwa, kwa swobodnie używała też quack quack i kra kra (jakby ktoś nie wiedział, to rosyjskie kaczki kraczą :-) ). Nie spieszyła się ze składaniem jaj, chciała najpierw popływać trochę po nie znanych wodach, polatać po nieznanym niebie. I ogólnie gwizdała na konwenanse. O ile dziobem da się gwizdać.

Bulwersowała się na to starszyzna plemienia. Bo jak to tak można! Skąd u nas taki odszczepieniec? Przecież u nas, nad polską rzeczką, opodal polskiego krzaczka, takie rzeczy są nie do pomyślenia. U nas kaczki grzecznie tarzają się w majeranku, nadziewają jabłuszkami i posłusznie siedzą w piekarniku do rumianej skórki. Taki jest odwieczny porządek rzeczy i nikt nam go burzyć nie będzie. Pod groźbą oskubania.

Ale nasza kaczka, wcale nie dziwaczka, była nieugięta. A jak ktoś się uprze, to wiadomo, nie ma siły. No i ominął ją majeranek, jabłuszka na jej drodze nie stanęły. Skończyła w oregano. W towarzystwie fig. Skąpana w winie. Wśród zachwytów i aplauzu. Oraz drobnego pomlaskiwania ;-)

Cooking&eating

Aby kacze marzenia ziścić prócz kaczych nóżek należy sięgnąć po rzeczone figi, oregano i wino. Ponadto jedynie sól będzie potrzebna.

Cooking&eatingNóżki dokładnie nacieramy solą i ziołem, by aromat je otulił z każdej strony

Cooking&eating

Następnie pakujemy mięso do rękawa i podlewamy czerwonym wytrawnym winem – ok. 100 ml wystarczy.

Cooking&eating

W następnym kroku pakujemy mięso do piekarnika – w 180 stopniach ptaszysko powinno posiedzieć przynajmniej godzinę, ewentualnie ciut dłużej jeśli odmawia mięknięcia. A gdy już zmięknie, to wyciągamy je z piekarnika, odsączamy z tłuszczu i kładziemy skórą do dołu w rozgrzanym rondlu.

Cooking&eatingW czasie gdy kacza skórka się rumieni przekrawamy 4 figi na pół

Cooking&eatingKaczkę przewracamy rumianą skórką do góry, figi układamy dookoła mięsa przekrojem do dołu i podlewamy wszystko winem – znowu ok. 100 ml

Cooking&eatingTrzymamy ten ambaras pod przykryciem na średnim ogniu przez ok. 15 minut lub do czasu aż figi zmiękną, a wino zredukuje swą objętość o połowę. I gotowe. Myślę, że nawet najbardziej ambitna kaczka byłaby zadowolona z takiego obrotu spraw :-)

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eatingJest to mocno zmodyfikowana wersja przepisu Nigela Slatera.

 

 

Na dobry początek

Zwykły wpis

Wbrew Majom mamy nowy rok. Poziom lenistwa po świąteczno-sylwestrowym maratonie powoli opada, z naciskiem na powoli. Równie powoli nadciąga ochota na kolejne smakołyki. Bo wszystkie trzy zapasowe żołądki zużyłam w święta. Swoją drogą ciekawe jak to jest – choćby się człowiek starał, choćby ograniczał, nie podskubywał, nie podjadał i stanowczo odmawiał drugiego kawałka tortu (bo umówmy się, silna wola nie jest ze stali i pierwszego odmówić się nie da), to i tak kończy wypełniony po kokardę. A przynajmniej kończy tak, gdy spędza święta w rodzinnym domu.

No ale czas leczy rany i prędzej czy później, nawet po najbardziej rozpustnych i hedonistycznych świętach, na nowo ochota na coś smacznego zapędza człowieka do kuchni. Po kilkudniowym detoksie w postaci ordynarnych kanapek i prostackich jajecznic, zaczyna kiełkować chęć na coś bardziej wyrafinowanego. I w żadnym wypadku nie tradycyjnego.

A dołóżmy do tego równania jeszcze jedną zmienną. Pogodową. Bo szarość wraz z nowym rokiem nam nastała okrutna i nieprzenikniona. Aż szarym komórkom, z nadmiaru szarości, odechciewa się aktywności. Więc coś kolorowego i energetyzującego nie byłoby złym pomysłem. Coś rozgrzewającego i pobudzającego. Marazm przełamującego. Do meksykańskiej fiesty prowokującego. Tak, jest coś takiego. Chili con carne potrafi to wszystko.

Cooking & EatingChili robię z przepisu Nigelli, więc jest szybko, łatwo i przyjemnie, z efektem gwarantowanym. Zaczynamy od cebuli i czosnku – dwie główki i dwa ząbki obieramy, siekamy i podsmażamy. A gdy się zeszklą dodajemy posiekaną jedną lub dwie papryczki chili i przyprawy: po łyżeczce kuminu, kardamonu i mielonych ziaren kolendry.

Cooking & EatingSmażymy warzywa z papryczką i przyprawami przez chwil kilka – aż przyprawy rozwiną swój aromat – po czym dodajemy 1-2 posiekane czerwone papryki.

Cooking & EatingNastępnie dorzucamy mięso – ok. 700 g nie za chudej wołowiny lub miksu wołowo-wieprzowego.

Cooking & EatingMięso smażymy wraz z resztą składników przez kilka minut, aż przestanie być takie surowe. Wówczas to dorzucamy kolejną porcję składników: dwie puszki pomidorów

Cooking & Eatingsolidną łyżkę porządnego gorzkiego kakao

Cooking & Eatingi puszkę odsączonej czerwonej fasoli

Cooking & EatingDoprawiamy temat solą, przykrywamy i dusimy przez godzinkę. A potem tylko wyrzucamy na górkę ugotowanego ryżu lub też podgrzaną tortillę, posypujemy kolendrą i przeganiamy poświąteczne zło i noworoczną pluchę. Kolejnymi porcjami. Do skutku.

Cooking & Eating

Cooking & Eating

Cooking & Eating

 

 

U kaczuszki krzywe nóżki

Zwykły wpis

Bo ponoć zdarzyło się tak, że do fotografa przyszła gruba baba. I nie zważając na swe parametry zażądała zdjęcia, na którym będzie wyglądać chudo. Fotograf głowił się, męczył, drapał za uchem i drapał, aż w końcu wydrapał pomysł jak spełnić życzenie baby – w czasie robienia zdjęcia kazał jej mówić konfituuuuuuuuuuuuuuura (i tu musicie wykonać obrazujące sprawę ćwiczenie paszczą, bez tego historia jest nieważna!). Baba zadowolona się rozsiadła przed obiektywem, ale jeszcze w ostatniej chwili włos poprawiła, nos dopudrowała i jak przyszło co do czego, to nicość w miejsce umówionego słowa w głowie jej nastała. Tymczasem fotograf już zaczyna odliczanie, już pada trzy, już leci dwa i wreszcie jeden… i w tej ostatniej sekundzie baba doznaje iluminacji i mówi marmeeeeelaaaadaaaaa (kolejne paszczowygibasy teraz powinny mieć miejsce).

I to jest family legend. W nawiązaniu do urban legend. Czyli bzdura o zasięgu li tylko rodzinnym. Nie wiem skąd moja mama brała takie historie, ale brała je i wlewała w mój bzdurochłonny umysł. Mam też wrażenie, że w pierwszych wersjach tej historii w miejsce baby była żaba… Ale ja nie o tym, a o czymś zupełnie innym. Bo za sprawą tej właśnie dykteryjki poznałam słowo konfitura. I jako że konfitur w moim domu się nie robiło, a wszystkie samorobne owocowe słoikowce nazywało się marmoladami, to jedynie z tej historii urodziła mi się konotacja, że konfitura to coś jak marmolada.

No i przypadku trzeba, że gdzieś kiedyś w jakimś magazynie trafiłam po raz pierwszy na konfit. I to akurat był konfit z czerwonej cebuli. Ułożyło mi się w głowie, że konfitura z czerwonej cebuli może być ciekawa i awangardowa i w sumie czemu nie. I w ten o to podstępny sposób konfit zrównał mi się w głowie z konfiturą, co wiele zamętu poczyniło i niewątpliwie przyczyniło się do powstania bardzo głupiego wyrazu na mej twarzy, gdy usłyszałam o konficie z kaczki. Bo jak to? Kaczkowa marmolada? U kaczuszki, to co najwyżej krzywe nóżki. Tak, to kolejna rodzinna głupota.

Jak już pokonałam swoje umysłowe ograniczenia i uporałam się z faktem, że konfitowanie to sposób przygotowania, a nade wszystko konserwowania potraw w tłuszczu, to (w końcu!) spojrzałam na sprawę inaczej. I od razu zapragnęłam zrobić cudny konfit z kaczki wypatrzony u Gordona Ramsaya. Gdy dodatkowe tak się złożyło, że w sklepie trafiłam na kacze nóżki, sprawa była przesądzona. No to zaczynamy – na początek bierzemy się za rzeczone kacze nóżki. Nacieramy je solą i tymiankiem, i zostawiamy w tempreaturze pokojowej na godzinę.

Po tym czasie wkładamy nóżki do garnka z gęsim tłuszczem. Mówiłam, żeby warto tłuszcz z gąski zostawić? Ano mówiłam. Ale jak nie robiliście ostatnio gęsi, to poszukajcie w sklepach, czasem gęsi smalec bywa dostępny. A jak nie, to w ostateczności na smalcu wieprzowym też da się kaczuszkę skonfitować, tylko aromat będzie nieco inny. Na 4 nóżki bierzemy 500 g tłuszczu.

Zagotowujemy nóżki z tłuszczem na niewielkim ogniu. Następnie dorzucamy liść laurowy, gałązkę pietruszki, gałązkę tymianku i kawałek selera naciowego. Przykrywamy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni na ok. 1.5 h – aż mięso będzie odchodzić od kości.

Gdy mięso jest już miękkie wyciągamy je z tłuszczu i odsączamy na papierowych ręcznikach. Tłuszcz i tym razem warto zachować.

Odsączone z nadmiaru tłuszczu nóżki kładziemy skórą do dołu na rozgrzanej suchej patelni. Trochę trzeba będzie nóżką pomanewrować, żeby przypiekła się ze wszystkich stron. Ale da się to zrobić, a wtedy skórka będzie cudownie chrupiąca i rumiana.

I tyle! Można jeść! Pierwsze potyczki z konfitem uważam za niezwykle udane :-)

 

Już był w ogródku, już witał się z gąską…

Zwykły wpis

Na ogół, rozmowy telefoniczne (choć nie tylko) z centkową Mamą przebieg mają nieprzewidywalnie przewidywalny. Np.:

Mamuś, a chcesz jutro do sklepu X podjechać?

Nieeee, ja muszę najpierw do Iksińskiej wpaść, bo obiecałam jej dać takie materiały i twój brat miał jej podrzucić i zapomniał. Bo z nim tak zawsze. To jest dobre dziecko, ale rozprasza się… [tu wtrąca się Maleństwo z protestem, że wcale nie jest z niego taka gapa, więc centkowa Mama przez dłuższą chwilę prowadzi polemikę z Maleństwem – cały czas trzymając telefon przy uchu. Po paru minutach ja na powrót staję się głównym interlokutorem]... no i właśnie widzisz, tak z nim jest. A te materiały to świetne są. Od Igrekowej dostałam, ale co się musiałam z nią namęczyć… [tu następuje rozbudowany opis przejść jakie miały miejsce z panią Igrekową wzbogacony o problemy z zamążpójściem jej córki i alkoholizmem jej męża]… a tak w ogóle, to jeszcze zakupy spożywcze trzeba będzie zrobić, bo twój tata miał kupić, ale zapomniał. Bo z nim tak zawsze. Jak go poprosisz, to… [tu wtrąca się centkowy Tata, że wcale taki najgorszy to on nie jest i że w ogóle nie zapomniał, tyko co innego miał do zrobienia. Oczywiście słuchawka jest trzymana cały czas przy uchu. W końcu wracamy do mnie]... no i widzisz, z nim tak zawsze. To jak te zakupy będziemy robić, to przy okazji podjadę do sklepu X.

Acha, czyli jednak chcesz pojechać?

No przecież mówię!

Ale po co ja Wam to mówię? No chyba to oczywiste, że zmierzam do gąski, prawda? ;-) A co gąska ma wspólnego z centkową Mamą? A to, że zadzwoniłam do niej, żeby podpytać jak ona robi gęś. I wierzcie mi –  bardzo przy okazji rozbudowałam swą wiedzę w zakresie co kto komu i dlaczego, oraz czemu tamta to zołza. Ale oszczędzę Wam tła towarzyskiego. Będzie tylko o gęsi :-)

 

Gęś dorodną (bo chyba niedorodnych nie produkują – moja, najmniejsza jaka była w sklepie, miała 4.5 kg) trzeba nasolić uprzednio. Nacieramy zatem gąskę solą (tak z zewnątrz, jak i od wewnątrz) i zostawiamy na całą noc.

Dnia następnego poddajemy gąskę dalszej obróbce, zaczynając od farszu. A farsz, nade wszystko, musi zawierać jabłka. Prawdopodobnie 3-4 sztuki uda Wam się upchnąć w gęsi.

Oprócz jabłek dobrym pomysłem są suszone śliwki i ewentualnie żurawina – jednego i drugiego po garści. Owoce leciutko solimy i doprawiamy majerankiem.

Nadzienie pakujemy do gąski, wylot zamykamy (zszywamy lub uszczelniamy wykałaczkami), a samą gąskę nacieramy obficie majerankiem.

Tak przygotowanego ptaka pakujemy do rękawa i pieczemy w 185 stopniach. Jak długo? Do miękkości :-) Moje 4.5 kg gęsi piekło się 3.5 h. Trzeba sprawdzać stan wypieczenia nakłuwając gąskę szpikulcem – musi bez oporów wchodzić w mięso. To gwarantuje, że gąska będzie miękka, a mięso będzie odchodzić od kości. Moja gąska wyszła tak miękka, że aż samoczynny rozpad rozpoczęła

Ale nie uprzedzajmy wydarzeń. Gąska piecze się długo, co daje nam trochę czasu na uatrakcyjnienie oferty i zastąpienie ziemniaków kluskami śląskimi. Na kluchy bierzemy 3 części gotowanych ziemniaków i 1 część mąki ziemniaczanej. A do tego jajko. Nie wiedzieć czemu, zawsze jest to jedno jajko, niezależnie od tego czy ziemniaków jest 0.5 czy 1.5 kg. Ot zagwostka.

Z podanych składników wzbogaconych o szczyptę soli zagniatamy ciasto, a z ciasta lepimy kluski z dziurką.

Gotujemy kluchy partiami w lekko osolonej wodzie – 2-3 minuty od wypłynięcia – po czym hartujemy chwilę w zimnej wodzie.

Ostatni krok jeszcze nam został – sos. Sos robimy z tego, co wypłynęło z gąski podczas pieczenia.

Zlewamy cały płyn do garnuszka, zbieramy tłuszcz który pływa na wierzchu (warto go zachować), a tą brązową esencję smaku rozcieńczamy wodą (bo jest potwornie słona) i zagęszczamy mąką (łyżkę mąki rozprowadzamy w zimnej wodzie, dolewamy do sosu i zagotowujemy).

No i muszę jeszcze wspomnieć, że nic tak dobrze nie pasuje do gąski jak czerwona kapusta. Cóż za pyszny zestaw!

 

 

Novemberfest!

Zwykły wpis

Niewątpliwie skończył się październik. Z październikiem skończyła się też złota polska jesień. Wraz z październikiem minęły moje urodziny i w listopad wchodzę znowu o rok starsza. Pospołu z końcem października świeżo upieczonym studentom schodzi wyraz nieustannego zdumienia i zagubienia z twarzy. Już zaczynają się czuć trochę lepiej w nowych miastach, w nowych szkołach. No i wraz z październikiem przepadł Oktoberfest.

Ale skoro umarł król, to niech żyje król. Znaczy listopad. Z listopadem przyszły słoty, gołe drzewa, ale i długie wieczory. Wychodzić z domu się nie chce, więc poziom czytelnictwa wzrasta. Można bez wyrzutów sumienia zaszyć się pod kocem, obłożyć termoforem albo kotem, jeśli się takowego posiada, i rozkoszować rozrywką płynącą z ekranu telewizora. No i dla podniesienia morale można zarządzić Novemberfest. Październikowy bazował na piwie, więc dla urozmaicenia listopadowe święto dedykujmy winu.

Butelka czerwonego wytrawnego i listopad stanowią dobraną parę. Okazuje się, że równie dobraną parę stanowi rubinowy trunek i kiełbaska. Bo jak jest fest, to jakiegokolwiek miesiąca by nie dotyczył, trochę rustykalnie i przaśnie musi być. No i my z okazji listopada trochę tą kiełbaskę w winie unurzamy. Będzie pysznie.

Jak kiełbaska w winie, to wiadomo – zaczynamy od… cebuli ;-) 2 cebule siekamy na półplasterki.

Cebulę szklimy na oliwie, a gdy zeszklona już będzie, dodajemy kiełbaski, sztuk 8. Takie w typie frankfurterek.

Kiełbaski obsmażamy ze wszystkich stron, aż ładnie się zrumienią. Następnie dodajemy zestaw przypraw: rozmaryn, tymianek, liście laurowe oraz papryczkę chili (tak było w przepisie, aczkolwiek ja, choć ostrolubna, z chili bym zrezygnowała następnym razem).

Całość zalewamy połową butelki wina. Czerwonego. Wytrawnego lub pół.

Gotujemy na małym ogniu przez ok. pół godziny. W tym czasie wino powinno zredukować się o połowę. Wówczas dodajemy garść suszonych śliwek i gotujemy dalej, aż sos będzie gęsty, a śliwki miękkie. Na koniec kiełbaski traktujemy solą i pieprzem (ani jednego, ani drugiego nie trzeba dużo – danie jest już słonawe od kiełbasek i ostre od papryczki. No chyba, że jej jednak nie dodaliście). I gotowe! Bardzo intrygująco dobre.

Przepis pochodzi od Agnieszki Kręglickiej i był publikowany w Wysokich Obcasach.

 

 

 

 

 

 

 

Idealny fastfood

Zwykły wpis

Nie wiem czy już się do tego przyznawałam, ale mam pewną słabość do fastfoodowych dań. Nie, nie zrozumcie mnie źle – za bardzo cenię sobie dobry smak, by na co dzień żywić się w podejrzanych przybytkach rozpusty. Budy z hamburgerami, frytkami, zapiekankami jakoś nie wzbudzają mojego zaufania. Sieciowe fastfoodownie też nie szczególnie. Owszem, gdy czasem w biegu jestem, brak innej opcji po drodze albo głód mnie dopada taki, że ni kroku bez zatankowania dalej nie pójdę, to zdarza mi się skorzystać z ich usług. Ale nie jest to mój ulubiony sposób przepuszczania pieniędzy na mieście.

No i sama czuję, że dysonans pewien tu powstał. Bo niby  jakaś sympatia we mnie kiełkuje, a jak przychodzi do konkretów, to same kalumnie latają w powietrzu. Otóż zasadniczo to jest tak, że ja fastfoodowni nie lubię, a słabość mam do „dań” tamże serwowanych. Bo np. taki hamburger odtworzony w warunkach domowych, czyli naprawdę składający się z mięsa, to pyszność nie lada. Czy też zapiekanka z rozkosznie rozpuszczonym serem, a nie mrożonym wyrobem seropodobnym. Albo tortilla nadziana świeżo przygotowanym chili con carne w miejsce konserwy niewiadomego składu. No przyznacie – to może być dobre.

Tym razem chrapkę miałam na kurczaka zapieczonego w chrupiącej panierce. I choć kurczę w domu przyrządzone i tak zawsze jest lepsze i zdrowsze od tego z wiadomej sieciówki, to jednak do tej pory do perfekcji brakowało mu tego czegoś. Ptaszysko wychodziło nie tak chrupkie jak powinno, albo nie tak soczyste, albo inne odstępstwo od ideału ujawniało. Dziś jednak uroczyście mogę obwieścić, że idealny kurczak został odnaleziony.

Na czym polega sekret? Na dwóch trikach. Po pierwsze, kurczaka trzeba odpowiednio przygotować. A przygotowanie polega na namoczeniu filetów z kurzej piersi w solance. Co najmniej 6 godzin trzeba je moczyć w osolonej wodzie. Jak mocno osolonej? A tak mniej więcej łyżeczką soli na litr wody.

Drugi sekret to panierka. Na „mokrą” część panierki składa się mleko roztrzepane z jajkiem

Część „sucha” panierki to mąka z odrobiną proszku do pieczenia i – uwaga, uwaga – 2-3 łyżkami mleka w proszku. Dodajemy też miks przypraw: sól, cukier, pieprz i paprykę ostrą oraz słodką.

I teraz kolejna sztuczka – do części suchej dodajemy 2-3 łyżki mleczno-jajecznego płynu. Dzięki temu powstaną grudki, które po usmażeniu stworzą odpowiednio chrupiącą warstwę.

I teraz tak: płaty kurczaka osuszamy z solanki, przyprawiamy takim samym miksem przypraw co panierkę, moczymy w jajku z mlekiem, obtaczamy dokładnie w zgrudkowanej mące i smażymy na głębokim tłuszczu ok. 4 minut, obracając kurczaka w połowie smażenia.

Usmażony kąsek odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku…

… i jemy w dowolnej formie z dowolnymi dodatkami. Np. tak:

Jeśli chodzi o źródło, to oczywiście jest to seriouseats.com

Tu jest kiosk RUCH-u! Ja… Ja tu mięso mam!

Zwykły wpis

Tak najlepiej, to być oryginalnym, niepowtarzalnym i jedynym w swoim rodzaju. Pierwszym wpadać na najlepsze pomysły, najlepsze kawały opowiadać na imprezach oraz najwyżej skakać o tyczce. Tak jest najlepiej. Ale z braku laku i przyrodzonych talentów można się ograniczyć. Nie żeby zaraz tak całkowicie ograniczyć, bo głupoty to my wcale, a wcale nie pochwalamy. Ale ograniczyć do dostępnych środków, czyli najlepszych naśladowania, na nich się wzorowania i nimi się inspirowania.

Bo na ten przykład filmów parę dobrych powstało. I można z tego czerpać garściami. Choćby takie cytaty z Misia –  są absolutnie nieocenione w każdej sytuacji towarzyskiej i na każdą okoliczność. Ale nie tylko peerelowskim absurdem może się dobry film cechować. Może być szybka akcja i dużo strzelania, może być masa wzruszeń i emocje do głębi serca docierające albo może być śmiech do zerwania boków. Może też być zamieszanie w czasie. I nie, nie chodzi mi o Powrót do przyszłości. Bo jak nas uczy Pulp fiction czy Memento, czas wcale nie musi biec liniowo, a wydarzenia nie muszą być ukazane chronologicznie.

No. Nagadałam się pozornie bez związku. Ale związek jest, na dodatek bardzo istotny. Bo chodzi o to, że w dzisiejszym wpisie występuje dynia. Ta sama, która tu została już zjedzona. I teraz powinien nastąpić wielki aplauz, dzieci z trąbkami i bębenkami powinny wybiec na ulicę, a z nieba powinno się sypnąć konfetti. Bo skoro w dobrych filmach mieszają w czasie, a ja (wzorując się na dobrych filmach) też w czasie namieszałam, to znaczy to, że ten wpis jest dobry. I ma się podobać. A jak ktoś się nie zgadza, to mu tylko powiem, że nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?

Poza wędrującą w czasie dynią w tym wpisie nie ma nic niezwykłego. Poza smakiem. Ale przygotowanie i składniki nie są tajemnicze i niedostępne. Są tu dwa wątki. Zacznijmy przewrotnie od drugiego, czyli od ziołowego masła.

Masło ucieramy z wybranym ziołem lub ziół kompozycją. Nieobowiązkowy, aczkolwiek całkiem niegłupi, jest dodatek soli. Ziołowe masło przechowujemy w formie dowolnej. Forma dowolna obejmuje również wałek, który kształtujemy posiłkując się folią spożywczą. Dodatek ziołowego masła uszlachetnia mięsa, ryby i kanapki. Przechowuje się wybornie w lodówce, a na dłuższą metę również w zamrażalniku.

Wątek kolejny, czyli w naszym przypadku pierwszy, tyczy się mięsa. Potrzebny będzie ładny kawałek porządnej wołowiny. W tym wypadku nie warto się bawić w skąpiradło, bo najlepiej sprawdzi się polędwica wołowa.

Mięso należy poddać obróbce termicznej. Cudownie byłoby smażyć steki na grillu, z pięknym widokiem na las, względnie strumyk. Jednak jeśli już trzeba to czynić w zaciszu własnej kuchni, to najlepiej się sprawdzi nieprzywierająca patelnia muśnięta olejem. Mięso kładziemy na rozgrzaną patelnię.

I teraz następuje rzecz kluczowa – mięso trzeba przydusić do patelni. Można profesjonalnym obciążnikiem. Z braku takowego można się posłużyć czymkolwiek bądź, przy czym genialnie sprawdza się pomoc w postaci spodu tortownicy, na który dopiero nakładamy ciężar właściwy, np. w postaci wędrującej w czasie dyni.

Steki w połowie smażenia przewracamy, a połowę smażenia wyznaczamy wg. następującej ściągi:

  • Mega surowy: po minucie z każdej strony
  • Krwisty: 1,5 minuty z każdej strony
  • Półkrwisty: 2 minuty z każdej strony
  • Średni: 2¼ minuty z każdej strony
  • Średnio-mocno wysmażony: 2½ – 3 minuty z każdej strony
  • Porządnie wysmażony: znaczy zepsuty

I teraz rzecz kluczowa – mięsa nie podajemy od razu! Dajemy mu odpocząć 5 minut pod pierzynką z folii aluminiowej.

No. Teraz można podawać, najlepiej w towarzystwie pieczonych ziemniaczków. Teraz również wychodzi na jaw sens uprzedniego przygotowania masła. Bo ziołowe masełko do wołowiny komponuje się idealnie. Również dodatek soli do masła znajduje uzasadnienie – nie trzeba steków dodatkowo dosalać. No chyba, że ktoś lubi.

Mięsne czary

Zwykły wpis

Bo co to są właściwie czary? Jak sobie kiedyś, siedząc na trzepaku i nóżką majtając, dumałam, czary to taka rzecz, że powstaje coś z niczego. Między obserwowaniem much i żuciem gumy tworzyłam sobie światopogląd w temacie. Że jak na ten przykład magik z kapelusza królika wyciąga, to przecież on go tworzy z kapeluszowej próżni. Bo jak wiadomo, królika w kapeluszu uprzednio nie było. Przy okazji objadania się dzikimi gruszkami na najwyższej gałęzi drzewa, kontynuowałam swoje  przemyślenia i utwierdzałam się w przekonaniu o własnej racji. Bo ja nie miałam za uchem tej monety, którą wujek zza niego wydobył.

No ale potem, wraz z kolejną świeczką na torcie zdmuchiwaną, przyszła wątpliwość – a jak ktoś odwraca bieg czasu i trzy kawałki sznurka na powrót w jeden, aczkolwiek długi zamienia, to co? To nie są to czary? Albo jak ktoś czwórkę trefl w asa pik przetransformuje, to magia czy nie magia? Albo jak ktoś przemieni wodę w wino? Yyy…, może jednak nie idźmy w tym kierunku. Ale jakby pierwotna teoria, że magia nicości i tworzenia tylko dotyczy, została podważona.

A potem zaczęłam gotować i pojęcie magii rozciągnęło się bezgranicznie. Bo prawie wszystko co się w kuchni dzieje trąci nieco magią. Czasem również maggi. Ale magią częściej. I teraz nie mam wątpliwości, że te kotlety to czary w najczystszej postaci. Bo jak bez czarów, z trzech tylko składników, takie pyszności można wyczarować? Wiadomo, nie da się!

Sprawa jest banalna, można ją powierzyć nawet dziecku oraz stereotypowemu mężczyźnie. Nie obrażając mężczyzn pozostałych, oczywiście. Jako się rzekło, potrzebne są raptem trzy składniki – kotlet wieprzowy (schab z kością, karkówka czy kawałek z łopatki będą dobre), gruba morska sól, ewentualnie sól gruba kamienna, ale koniecznie i absolutnie gruba, oraz cytryna.

Kotlet obsypujemy hojnie solą

Wrzucamy go na suchą, rozgrzaną patelnię. Zasoloną stroną w górę. Kotlet smażymy na średnim / średnio-małym ogniu tak długo, aż ziarnka soli zaczną się robić przezroczyste. Trwa to ok. 10 minut.

Następnie kotleta przewracamy na drugą stronę i smażymy kilka minut. Nadmiar soli przyklei się do patelni. A co się nie przyklei, zeskrobiemy łyżką.

Teraz pozostaje tylko obficie skropić kotleta sokiem z cytryny

…i pałaszować ten niebywale, niesamowicie, czarodziejsko soczysty kawał mięsa! To jest prawdziwa magia!

Magiczna sztuczka z solą pochodzi stąd.

Pomysł na sierpniowe jabłka

Zwykły wpis

Sierpień nie powinien mnie dotyczyć. Szkolne ławy już dawno porzuciłam, więc nie powinien. Bo wakacje wcale mi się nie kończą. Wręcz urlop dopiero na horyzoncie. A upały wcale nie odpuszczają – wszak nie dalej jak wczoraj było ponad 30 stopni. A mimo wszystko odliczanie w dół się rozpoczęło.  Z niezrozumiałych powodów po 20 jest już ciemno. Krótkie gacie  w nocy mogą przyprawić o gęsią skórkę. No i Kot jakby przestał masowo gubić sierść. Ani chybi czuje w kościach, że już czas szykować się na zimę.

Jakby człowiek mądry był, to by w ślady Kota poszedł. Za przetwory się wziął. Za wietrzenie pierzyn. Za zaplatanie warkoczy z czosnku. W sensie za przygotowania do nadchodzących mrozów się wziął, bo przecież Kot wcale niczego nie wekuje, a pod pierzyną to co najwyżej sypia. Ale, najwidoczniej, mądrości u mnie ani krzty, za to szkolnej głupoty, a i owszem, sporo. Po uczniowsku, z niesłabnącym zapałem, eksploatuję ten sierpień jak się tylko da, żeby się nachapać, nałapać, wyszaleć, wybawić, naspotykać, nagadać, nawyjeżdżać na cały nadchodzący rok szkolny. Jakby poprzednie kilkadziesiąt lat nie nauczyło mnie, że na zapas to tylko truskawki w słoiku da się zamknąć.

Wobec natłoku wydarzeń do kuchni mi ciągle nie po drodze. Więc jak już się trafi wolne popołudnie, nie obarczone brzemieniem sierpniowej zabawy, to mam ochotę to troszkę pocelebrować. Czymś leniwym. Długo duszonym. Nieśpiesznie opiekanym. A że sierpień to jednak sierpień, w sensie lato a nie jesienna słota, to nie można sięgnąć wprost po ciężką, zawiesistą i tłustą artylerię. O nie. Tu trzeba działać sprytnie. Wpleść w temat dary lata. Na ten przykład dusząc mięso w soku jabłkowym. Wchodzicie w temat?

Lekki, kwaskowaty w jabłkowy sposób sos idealnie komponuje się z młodymi ziemniakami. To danie nadaje się nawet na upały. Choć zdecydowanie lepiej komponuje się z chłodnawym sierpniowym wieczorem. A robi się je bardzo niespiesznie i leniwie.

Siekamy 3-4 łodygi selera i 1-2 marchewki.

Kroimy też na zgrabne kawałki 2 polędwiczki wieprzowe

Ostatni, a zarazem kluczowy składnik, to sok jabłkowy. Najlepiej świeżo wyciskany, z całą swoją jabłkową mętnością. Soku potrzeba nam ok. 1 litra.

Teraz przystępujemy do dzieła. Polędwiczki obsmażamy ze wszystkich stron na niewielkiej ilości oleju. Czynimy to partiami, bez tłoku, by dać mięsu szansę na złapanie brązowych rumieńców.

Obsmażone mięso odkładamy na bok, a na tym samym tłuszczu (no chyba że się bardzo przypalił, wówczas wymieniamy na świeży) smażymy warzywa – tak z 10 minut, aż będą przyrumienione, a marchewka lekko zmięknie.

Do podsmażonych warzyw wrzucamy mięso i zalewamy całość sokiem jabłkowym.

Dolewamy bulionu – tyle by mięso było całkowicie przykryte. Ponadto doprawiamy – solą, pieprzem, tymiankiem i liściem laurowym.

Mięso przykrywamy i dusimy przez godzinę. W połowie duszenia posmakujcie sos – jeśli sok jabłkowy był bardzo kwaśny być może trzeba doprawić sos odrobiną cukru.

Gdy mięso jest miękkie wyciągamy je z sosu. Sos odtłuszczamy ściągając łyżką pływające na jego wierzchu oka tłuszczu.

Odchudzony sos gotujemy na ostrym ogniu, aby zredukował swą objętość o połowę. I gotowe. Wystarczy złożyć wszystko w całość na talerzu. Pyszne sierpniowe danie.

Pomysł znalazłam na Завтраки, обеды, ужины