Tag Archives: ryż

Karczoch na dachu czy w garści?

Zwykły wpis

Zasadniczo jestem podobna do taty. Tak pod względem charakteru, jak i z fizjonomii. A jednak istnieje niezaprzeczalny dowód, że i z mamą jestem spokrewniona. Otóż obie mamy tą przeklętą umiejętność, by spośród wszystkich rzeczy w sklepie wystawionych, kierując się li tylko gustem, bez podglądania cen, wybrać w jakiś cudowny sposób akurat tą najdroższą.

Prawdopodobnie w tym właśnie tkwi źródło mojej dziwnej słabości do karczochów – wszak ich ceny w Polsce są absolutnie absurdalne. Bo kto to widział, żeby jedna sztuka, której na dodatek połowa ląduje w śmietniku w toku przygotowań, kosztowała np. 9 zł? Jest to oczywisty rozbój w biały dzień i na ogół wobec takiego stanu rzeczy unoszę się dumą i odchodzę obrażona. Z karczochem na dachu, zamiast w garści.

No a jak już wiecie podczas ostatniej włoskiej wyprawy skoczyłam do warzywniaka i pobuszowałam wśród flory, trafiając przy tym nie tylko na kwiaty cukinii, ale i na karczochy w cudownej cenie 1 € za kilogram. Oczywiście kupiłam. I przywiozłam. I w końcu wypróbowałam przepis Jamiego Oliviera na risotto z karczochami. Może to niezbyt trwała pamiątka z podróży, ale i tak było warto ;-)

2013-04-28-01Karczochy, czy to do risotta, czy też dla celów innych, przygotowuje się łatwo. Trzeba tylko wiedzieć o paru rzeczach.

2013-04-28-02Najlepiej kupować zielone. Jak widzicie mi się to nie udało. No cóż – akurat nie sezon, więc nie wybrzydzałam. Zanim weźmiemy się za karczochy przygotowujemy miskę z wodą, do której wciskamy sok z jednej cytryny. Dopiero gdy woda jest na podorędziu przystępujemy do maltretowania kwiatów. Karczochy pozbawiamy 2-3 warstw zewnętrznych liści.

2013-04-28-03Zbędne liście odcinamy nożem u podstawy. Jeśli macie wątpliwość czy usunąć więcej czy mniej liści – lepiej więcej. Zewnętrzne liście są łykowate i przez to praktycznie nie jadalne, a co najmniej bardzo nieprzyjemne w konsumpcji. Następnie odcinamy czubek. A nawet nie tyle czubek, co z 1/3 karczocha.

2013-04-28-04

2013-04-28-05

Jeśli np. chcecie karczochy zapiekać w całości, to sam środeczek trzeba wydrążyć. Mi nie zależało na pozostawieniu ich w jednym kawałku, więc przecięłam je na pół i wtedy środeczek usunęłam nożem.

2013-04-28-06

Tak sprawione karczochy (u mnie 4 nieduże) od razu wrzucamy do miski z cytrynową wodą – to je chroni przed ściemnieniem.

2013-04-28-07Ok. Najbardziej kłopotliwa część za nami. Teraz już będzie z górki. Siekamy karczochy na paski (tak jak się kroi cebulę w pióra). Na łyżce oliwy szklimy posiekany ząbek czosnku, dodajemy karczochy, 2-3 łyżki wody i sok z połówki cytryny. Dusimy niespiesznie do miękkości, co potrwa ok. 10-15 minut.

2013-04-28-08W międzyczasie robimy risotto bianco, czyli podstawową wersję risotta. A jak risotto, to wiadomo – zaczynamy od podsmażenia drobno zsiekanych: 2 ząbków czosnku, 1 cebulki i 1-2 łodyg selera naciowego.

2013-04-28-09Do zeszklonych warzyw dodajemy 100 g ryżu do risotto (np. odmiana arborio) i smażymy całość 2 minutki. Po tym czasie wlewamy do ryżu ok. pół kieliszka wina (50-75 ml). Białego, wytrawnego lub pół.

2013-04-28-10Potem, jak to przy risotto, podlewamy ryż wrzącym bulionem, chochelka po chochelce, wlewając kolejną dopiero wtedy, gdy poprzednia się wchłonie. Przez ten cały czas ryż mieszamy. Czynność kontynuujemy, aż ryż będzie prawie gotowy, taki jeszcze ciut, ciut zbyt al dente. Gdy osiągniemy ten poziom dorzucamy sporą kupkę świeżo utartego parmezanu i łyżkę masła.

2013-04-28-11I gdybyśmy chcieli poprzestać na risotto bianco, to byśmy już byli w domu. Ale jako że jest to risotto z karczochami, to dorzucamy jeszcze nasze uduszone karczochy. Mieszamy wszystko szybciutko, gaz pod rondlem wyłączamy i pokrywką przykrywamy. Trzymamy przykryte 2-3 minutki, aby risotto doszło. I tyle! Choć może jeszcze coś – odrobina parmezanu na wierzchu. Ale teraz to już na serio koniec. Można jeść!

2013-04-28-12

2013-04-28-13

2013-04-28-14

Reklamy

Kot, pudełko i śniadanie na obiad

Zwykły wpis

Trzecie prawo kociej równowagi wszechświata głosi, że kot pozostawiony w zasięgu pudła będzie dążył ruchem niejednostajnym i chytrym do tego, by znaleźć się w pudle. Nie ma lepszej zabawy niż pudełko. Ach ileż ono sprawia możliwości – można wskoczyć, wyskoczyć, wskoczyć, wyskoczyć, wskoczyć, … – i tak w nieskończoność. W pudełku można też siedzieć oraz (co najważniejsze) spać. I to jak dobrze! Sprezentujcie kiedyś kotu super wypasione legowisko, zapakowane w pudełko. Rozpakujcie, koniecznie pozostawiając kartonowe opakowanie obok. A potem patrzcie gdzie ułoży się kot…

No dobrze. Obgadałam Kota oraz całą resztę kociego rodu, a sama wcale lepsza nie jestem. Nie w sensie przesiadywania w kartonach. Wszakże przykład Hanki Mostowiak pokazuje, że od kartonów to się lepiej trzymać z daleka. Miałam raczej na myśli thinking outside the box, które sprawia mi czasem problem ogromny i brnę w ślepy zaułek jak ten koń z klapkami na oczach. Jak już powstanie mi jakieś połączenie w mózgu, jak już jakaś myśl, choćby i absurdalna, zakiełkuje, to trudno dziadostwo wyplenić.

Wskutek powyższego kedgeree spróbowałam jakieś 5 lat po zakupie książki Nigelli przepis na nie zawierającej. Nie dlatego, że wcześniej nie miałam na nie ochoty, brakowało mi produktów lub się najzwyczajniej w świecie nie składało. O nie. Danie mnie pociągało, a wszystkie składniki są względnie łatwo dla mnie dostępne. To skąd ta zwłoka? Ano stąd, że Nigella (w myśl brytyjskiej tradycji kulinarnej) umieściła ten przepis w sekcji o śniadaniach, a mi to danie wybitnie na śniadanie nie pasuje. Nawet podtytuł, że to śniadania na każdą porę nie pomógł. Ale wtem nagle po 5 latach wpadłam na to odkrywcze rozwiązanie, by kadgeree przyrządzić w charakterze obiadu. Czy to wystarczy na nobla?

Dzisiejsza wersja nie jest wiernym odwzorowaniem przepisu Nigelli, a jedną z możliwych wersji kedgeree. Mianowicie z wędzonym na ciepło łososiem. Ale po kolei. Na początek siekamy dwie cebulki, przygotowujemy parę liści limonki (mogą być suszone) oraz samą limonkę, sos rybny, a także po pół łyżeczki kurkumy, mielonych ziaren kolendry i kuminu.

W rondlu lub na głębszej patelni rozpuszczamy tłuszcz – mieszankę masła i oleju, a jeszcze lepiej (cześć oddając tym samym indyjskim korzeniom potrawy) ghee, czyli klarowane masło. Jakiego tłuszczu nie użyjemy, chodzi o to, by podsmażyć cebulę. Gdy się zeszkli wrzucamy kurkumę, kolendrę oraz kumin i smażymy około minuty, pozwalając przyprawom rozwinąć pełnię swego aromatu. Następnie dorzucamy ryż basmati w ilości 200 gram.

Ryż porządnie otulamy przyprawami, a następnie dodajemy ok. 450 ml wody, sos rybny i liście limonki. Przykrywamy i pozwalamy ryżowi gotować się na małym ogniu przez ok. 15 minut. My w tym czasie jednak nie odpoczywamy, bo mamy do zrobienia 2 rzeczy. Po pierwsze – gotujemy ze trzy jajka na twardo lub prawie twardo, jeśli się uda uchwycić ten moment.

Po drugie – przygotowujemy łososia, czyli zwarty kawałek ryby (ok. 200 g) dzielimy na cząstki. Najlepiej robić to rękoma, pozwalając rybie rozpadać się wzdłuż słojów tłuszczowych, czy jak tam się nazywają te białe przerywniki w pomarańczowym mięsie.

Gdy ryż jest już miękki składamy puzzle w całość – ryż skrapiamy limonką i ewentualnie dodatkowym sosem rybnym, jeśli jest za mało słony. Dodajemy siekaną kolendrę i cząstki łososia.

Na koniec dorzucamy ćwiartki jajek. Podajemy od razu, na ciepło, lub w temperaturze pokojowej, jak sałatkę. Dodatkowa limonka nie zawadzi. Oj jak żałuję, że tak długo zwlekałam z wypróbowaniem kedgeree!

O kobiecej konsekwencji lub jej braku

Zwykły wpis

Z ryżem lubiłam się umiarkowanie. Owszem, były dania jak np. kurczak w potrawce, które bez ryżu nie miały racji bytu. Chińszczyzna różnego rodzaju również z ryżem mi się komponowała. No i przyznaję, że sushi bez ryżu istnieć nie może. I jeszcze może ryż dmuchany z ryżu koniecznie musi być. Ale tak poza tym, to w rankingu skrobiowych dodatków do obiadu ryż gdzieś na dalekim końcu sobie zawsze u mnie oscylował. Bo jak zupa, to z makaronem. Kotlet tylko towarzystwo ziemniaków uznaje. Gulasz ma być z kaszą gryczaną. A pasta to pasta. I basta.

W zasadzie mogłabym sobie tkwić w przekonaniu o niższości ryżu i nie miałoby to dla mnie żadnych skutków ubocznych. Jednak czasem, pod pewnymi warunkami, najzwyczajniej w świecie lubię sięgnąć po ryż. Jego podłużne ziarenka bywają nie tylko nieodzowne, ale wręcz pociągające. Czasami ryż mi wręcz bardzo smakuje. Ba, czasami uwielbiam ryż. I trochę żałuję że to piszę, bo sama niniejszym oręż w dłonie męskim szowinistom wpycham, podając na tacy przykład absolutnego braku konsekwencji u kobiety. Ale to nie do końca tak. Bo zrozumcie drodzy męscy szowiniści, że ryż ryżowi nierówny. A taki ryż w risotto, to już nawet nie ryż. To czysta rozkosz.

Risotto dzielę (ja, na potrzeby własne, bez poparcia w literaturze) na kremowe, które jest daniem samym w sobie i sypkie, które jest świetnym towarzyszem. Sypkie nie jest tak do końca sypkie, ale w porównaniu z kremowym, to rzeczywiście, jest mało kleiste. Do sypkiego dodajemy mięsne kąski, owoce morza, grzyby, ryby, itepe, itede. W przypadku kremowego ziarenka ryżu otulamy jedynie jedwabistym, smakowitym sosem i żadne inne dodatki nie są nam potrzebne. Dziś będzie na kremowo. A i tak, niezależnie od opcji, zaczynamy od podsmażenia cebuli, selera naciowego i czosnku. Cebula akurat wycięła mi psikusa i zniknęła. Wzięłam zatem jedynie czosnek i seler, za to tego drugiego dość sporo.

Poza siekaniem musimy jeszcze przygotować bulion. Zagotowujemy go i stawiamy na podorędziu na małym ogniu, aby cały czas delikatnie sobie pyrkał. Ja się zdecydowałam na pomidorowe klimaty, więc zaprawiłam bulion łyżką koncentratu pomidorowego. Koncentrat na ogół jest kwaśny, więc szczypta cukru dla przełamania smaku również powinna wylądować w bulionie.

Teraz można przystąpić do czynności właściwej. Na niewielkiej ilości oliwy podsmażamy czosnek i seler.

Gdy warzywa będą szkliste dodajemy ryż. Smażymy go, aż będzie obtoczony w tłuszczu i zacznie tracić biały kolor na rzecz przejrzystości. Wtedy to zaczynamy dolewać wrzący płyn. Po chochelce.

Kolejną chochelkę wlewamy dopiero wtedy, gdy poprzednia zostanie wchłonięta przez ryż. Czynność powtarzamy, aż ryż będzie al dente. Wówczas przechodzimy do kolejnego etapu, który zakłada dodanie paru suszonych pomidorków – ot tak dla podkreślenia pomidorowości dania.

Mieszamy również żółtko z 2-3 łyżkami tłustej śmietanki

Dodajemy jedno i drugie do ryżu, który już nie wymaga trzymania na ogniu. Na koniec dorzucamy jeszcze solidną łyżkę parmezanu.

Gotowe! Cudownie kremowe i pyszne. Taki ryż, to ja lubię :-)

 

 

Dla mięsożerców, wegetarian i innych łasuchów

Zwykły wpis

Obstawiam, że ciężko by było to zgadnąć. Zwłaszcza biorąc pod uwagę moją nieskrywaną miłość do tatara jak i nie mniej wielkie uwielbienie dla mięsa po obróbce termicznej. Ale fakty są nieubłagane, a przeszłości nie ma się co wypierać. Otóż wyobraźcie sobie, że nieuchronne prawa kierujące życiem nastolatki, czyli niepohamowana chęć buntu i odróżnienia się od reszty, doprowadziły do tego, że miałam dość długi bezmięsny epizod.

Po tym wyznaniu można dojść do mylnych wniosków, że biegłość w zakresie potraw z roślin strączkowych osiągnęłam. Możnaby przypuszczać, że kotlety sojowe, lecza warzywne i pasty z fasoli nie mają przede mną tajemnic. Ale to również tylko pozory. Bo jako nastolatka inne rzeczy miałam na głowie niż gotowanie. Cały wegetarianizm polegał u mnie li tylko na wyparciu z diety mięsa, bez wprowadzenia czegokolwiek w zamian. Jak może pamiętacie, mieszkałam wtedy w internacie i szczytem kunsztu kulinarnego było gotowanie jajek na twardo w czajniku elektrycznym. No i prędzej niż dr oetker wymyślił słodką chwilę wpadliśmy na to, że kisiel wystarczy tylko zalać wrzątkiem. Gotowanie go to zwykła fanaberia.

Dość paradoksalnie, pełnia uroków i bogactwa wszelakich potraw uznawanych za wegetariańskie objawiła mi się dopiero gdy wróciłam na mięsa łono. A objawiła mi się głównie w postaci egzotycznego uroku kuchni świata, np. dość mocno wegetariańskiej kuchni hinduskiej. Bo zdecydowanie uroku ciecierzycowemu curry z nerkowcami odmówić nie można. Wegetariańskiego charakteru również nie.

O tajskim zielonym i żółtym curry już pisałam. Wersja indyjska, choć nazwę ma wspólną, różni się od nich znacznie. Sos jest zawiesisty, dużo bardziej kremowy no i przyprawiony na zdecydowanie inną modłę. Pyszną modłę oczywiście, inaczej bym o nim nie pisała.

Zaczynamy od siekania. 3-4 dymki i tyleż ząbków czosnku siekamy na plasterki. Ponadto rozprawiamy się za pomocą tarki z kawałkiem imbiru oraz tasakiem rozprawiamy się z papryczką chili.

Posiekane towarzystwo podsmażamy, najlepiej na ghee, czyli klarowanym maśle.

W międzyczasie kontynuujemy siekanie. Tym razem bierzemy się za nerkowce (60-70 g). Siekamy je grubo, byle jak i bez dbałości o estetykę.

Dorzucamy je do rondla, a wraz z nimi przyprawy – trochę chili cayenne dla ostrości oraz łyżeczkę garam masala przesądzającą o indyjskim charakterze dania.

Pozwalamy przyprawom podprażyć się nieco w tłuszczu – to wydobywa z nich pełnię mocy. Po ok. minucie będą już intensywne aromaty roztaczać. To niechybny znak, że czas na dalszą część programu, czyli zestawienie rondla z ognia i dodanie całej puszki mleczka kokosowego.

Następnie zawartość rondla przelewamy do blendera i miksujemy na gładki, gęsty sos.

Sos na powrót wlewamy do rondla i teraz jest czas by sięgnąć po ciecierzycę (zawartość dwóch puszek będzie odpowiednia) oraz pół pęczka siekanej kolendry.

Wrzucamy jedno i drugie do sosu, podgrzewamy do czasu aż ciecierzyca będzie ciepła (wystarczy kilka minut). Doprawiamy solą i ewentualnie dodatkową garam masalą. Podajemy z ryżem lub chlebkiem naan w towarzystwie limonek. Nie ma przeciwwskazań by danie jeść palcami.

Przyjęciny, ostrzynka i potrawka. Z kurczaka.

Zwykły wpis

A było to tak, że jakieś 10 lat temu, w Bardzo Zabawnej Pracy, w której na dodatek poznałyśmy się i zaprzyjaźniłyśmy z Dziołchą, w przerwach od obowiązków służbowych toczyły się prywatne pogaduchy. Prawdopodobnie byłam świeżo po wizycie w domu rodzinnym, bom rozpoczęła opowieści o tym co w tymże domu się działo, z silnym akcentem na nadchodzące w najbliższym czasie wydarzenie. No i snułam mą opowieść, że przyjęciny Maleństwa to już wkrótce, że w związku z tymi przyjęcinami to to i tamto oraz że w kwestii przyjęcin to ja mam takie a takie zdanie.

Lud kulturalny słuchał, zadziwiał się i coraz większy brak zrozumienia wyrazem twarzy przejawiał. W końcu ktoś, zdaje się, że kierownik tego cyrku, czyli Bardzo Zabawny Szef, nie wytrzymał i zadał pytanie pulsujące w mózgu każdego ze słuchaczy: Pani Centko, a co to właściwe są te przyjęciny? I tu zdziwiłam się ja. Bo że w Lud Pracujący Stolicy w przeciwieństwie do Pomorzan nie używa kaszubskiego jo w miejsce tak, to wiedziałam.  Ale że i przyjęcin nie znają, to nie przypuszczałam w stopniu nawet najmniejszym. Bo przyjęciny to nic innego jak pierwsza komunia. No przecież, że to oczywiste, prawda?

No i mógłby to być koniec, ale tak nie jest, bo historia ma swoją przewrotną kontynuację.  Teraz mieszkam od kilkunastu już lat w Warszawie. Rodzinę odwiedzam, to oczywiste, ale z racji geograficznego dystansu czynię to względnie rzadko. Między widzeniami w użyciu są telefony, maile i gołębie pocztowe. Ale prawda jest taka, że żyjemy już teraz w trochę równoległych wszechświatach, czego przykładowym skutkiem jest fakt, że oduczyłam się mówić jo, przyjęciny i ostrzynka (a czym się ostrzy ołówki, jak nie ostrzynką?). No i zapomniałam, że kurczak w potrawce – danie dość szpitalne w wyglądzie i konsystencji – na Pomorzu jest daniem świątecznym, odpowiednim na przyjęciny właśnie. Na wesele również. Oj zdziwiłam się ostatnio na przyjęcinach kuzynki, zdziwiłam. A potem pierwszy kęs przywrócił mi pamięć. Bo kurczak w potrawce, choć nie wygląda, to pyszny jest.

Podstawową sprawą jeśli chodzi o kurczaka w potrawce jest kurczak. Jeśli chęć macie uczynić z potrawki danie wykwintne, to należało by kurczaka ugotować specjalnie na ten cel. Kurcze gotujemy w lekko osolonym wywarze warzywnym, by zwiększyć jego aromatyczność. Jeśli jednak stawiamy przed daniem mniej ambitne cele, to można po prostu wykorzystać resztki kurczaka pieczonego. Bo wszystko czego nam potrzeba, to miseczka kurczęcych skrawków.

Oprócz tego nieodzowne będą rodzynki i cytryny, a właściwie sok z cytryn. Jeśli rodzynki są mocno wysuszone i twarde, to przed użyciem zalewamy je na kwadrans wrzątkiem.

Gdy przygotowanie ingrediencji za nami, przystępujemy do dzieła właściwego. Z dwóch łyżek masła i dwóch łyżek mąki robimy zasmażkę. Masło z mąką smażymy przez 2 minuty, pilnując by się nie zbrązowiło. Zasmażkę rozprowadzamy szklanką gorącego mleka. Następnie dodajemy 1-1.5 szklanki gorącego bulionu. Na koniec sos doprawiamy sokiem z 2-4 cytryn (w zależności od tego jak soczyste cytrusy nam się trafią). Doprawiamy łyżeczką cukru i solą. Sos powinien być wyraźnie kwaskowaty.

Trzymając sos na malutkim ogniu działamy dalej. Kwaśność sosu przełamujemy dodatkiem sporej garści rodzynek

Na koniec dorzucamy kąski kurczaka i podgrzewamy całość tylko tak długo, by kurczak się zagrzał.

Sos koniecznie podajemy z ryżem. Odmiana do risotto nadaje się do tego celu idealnie.

No i teraz następuje moment, w którym osobiście się trzeba przekonać, że to niewyględne danie jest cudowne w smaku. Bo ze zdjęć to w żaden sposób nie wynika.

Jak jest zima, to musi być zimno, pani kierowniczko

Zwykły wpis

Nie da się ukryć, że nastała zima. Z całą swoją mroźną mocą. Chodzę ubrana na matrioszkę, w pięciu polarach i dwóch parach rękawiczek.  Kot chodzi napuszony bardziej niż zwykle, próbując w zakamarkach sierści zachować tyle ciepła ile to możliwe. Nie gardzi też spaniem pod kołdrą. Nawet zimnolubny Niesforny Mąż zaprzestał chodzenia po domu w stroju a’la mazurski letnik na rzecz długich nogawek. Jednym słowem jest zimno.

Zima, sama w sobie, by mi nie przeszkadzała, gdyby nie fakt, że trzeba wychodzić z domu. Po pierwsze, jak już ustaliliśmy, jest zimno. Nosy czerwienieją, kończyny odmarzają i odpadają, a para wydobywająca się z ust po chwili opada w formie kostek lodu na ziemię. Po drugie, każde wyjście z domu jest związane z włożeniem na siebie piętnastu warstw ubrań. Nie dość, że wyglądam wtedy jak ludzik Michelin, to jeszcze z równą gracją się poruszam.

No dobrze, nakreśliłam krótko me uczucia względem zimy. I teraz wyobraźcie sobie, że w formie sopla lodu wróciłam z pracy do domu, zrobiwszy nawet po drodze zakupy. Zdjęłam wszystkie zbędne i rozliczne warstwy ubrań z siebie. Odtajały mi palce, skóra nabrała na powrót koloru nietrupiego. I wtem nagle odkryłam, że zapomniałam jakiegoś składnika ze sklepu… Przymusowa zmiana menu nastąpić musiała w tej sytuacji, bo ponowne wyjście na mróz przerastało mnie całkowicie.

Pozwólcie, że przedstawię – oto awaryjna paella de mariscos, zwana też przez Niesfornego Męża paellą z gadami.

Jest to wersja awaryjna, więc ograniczona do posiadanych zasobów. Do paelli z owocami morza potrzeby jest wywar rybny. Którego nie miałam. Zrobiłam więc szalony wywar rybnopodobny. O dziwo, sprawdził się bardzo dobrze. Wzięłam do niego trochę mrożonych gadów, garść suszonych kalmarów, doprawiłam solą, pieprzem, a na koniec szafranem.

Gotowałam godzinę, aż cały morski smak przeszedł do płynu, po czym przecedziłam wywar przez drobne sito. Gady zmarnowane na ten cel nie smakują szczególnie dobrze – gotowane zbyt długo są gumowe. Można z czystym sumieniem się ich pozbyć. A jeśli nie macie zapędów do eksperymentów bez gwarantowanego efektu, to lepiej weźcie bulion drobiowy lub warzywny, choćby z kostki.

Następnie na patelni dobrze rozprowadzającej ciepło podsmażamy posiadane warzywa z użyciem 2-3 łyżek oliwy. Ja posiadałam paprykę i cebulę. Parę ząbków czosnku też zawsze się znajdzie.

Tu zrobię mały wtręt na temat patelni. Ta, która jest na zdjęciu, to straszna i fantastyczna zarazem paellera, którą kiedyś za grosze na pchlim targu nabyłam. Zobaczyłam ją i wiedziałam, że będzie moja. Tak też się stało. A potem odezwał się rozsądek, na szczęście szybko zagłuszony przez kobiecą logikę. Bo to, że patelnia ma średnicę większą niż szerokość bagażu podręcznego, wcale nie oznacza, że owa patelnia, do owego bagażu się nie zmieści, prawda? Wystarczy być upartym. I weszła :-) Kobieca logika kontra nieubłagane prawa fizyki – 1:0.

Wracając do tematu. Do podsmażonych warzyw wrzucamy rozmrożone owoce morza i szybko obsmażamy.

Po 2-3 minutach wyławiamy gady z patelni i odkładamy na bok, aż nastanie ich czas. Warzywa zostają. Przyznaję, przez to selektywne wyławianie jest to bardziej kłopotliwe niż przesmażenie owoców morza na oddzielnej patelni, ale chodzi o to, by swój smak oddały do potrawy, a nie gdzie indziej.

Następnie dodajemy ryż. Świetnie się sprawdza ryż taki jak do risotta – np. arborio. Wrzucamy go na patelnię i krótko smażymy, dokładnie obtaczając w tłuszczu i sokach puszczonych przez pozostałe składniki.

W następnej kolejności zalewamy ryż gotującym się wywarem. Jeśli chodzi o jego ilość, to bardzo zależy to od ryżu, ale też średnicy patelni – na większej powierzchni płyn będzie szybciej parował. Najlepiej nalać płynu tyle, by ryż był ok. 1 cm pod powierzchnią, a potem ewentualnie dodać jeszcze trochę.  Pozwalamy ryżowi chłonąć płyn na małym ogniu. W przeciwieństwie do risotta, paella nie musi być mieszana cały czas, a jedynie od czasu do czasu.

Gdy ryż już dochodzi, na ostatnie 2-3 minuty dodajemy owoce morza, w zasadzie tylko po to by się zagrzały.

Teraz wypadałoby przyozdobić paellę ćwiartkami cytryny i pietruszką, których niestety nie miałam, bo nie taki był oryginalny plan kulinarny. Już w trakcie jedzenia przypomniało mi się, że mam gremolatę – sprawdziła się nieźle, aczkolwiek polecam jednak trzymać się klasyki.

Pycha! I to bez wychodzenia z domu :-)