Obustronny zachwyt i szparagi

Standardowy

Ale się porobiło! Dobrze, że mamy akurat najdłuższe dni roku, bo inaczej nie pomieściłyby natłoku wydarzeń. Rozrywka goni rozrywkę, spotkania rozkosznie towarzyskie się piętrzą, a do tego wszystkiego podróże kolejne odbywać trzeba. Bo jak się bilet kupiło, to pojechać trzeba, prawda? Nawet jak się planowało podróż w Przekornym Kajtkiem, a celem był Stambuł, tak? No właśnie… Ale! Zwykłe zorganizowane i nudne wycieczki nigdy mnie nie kręciły, a poza tym uznaliśmy, że telewizja na pewno kłamie. I wiecie co? Ona naprawdę kłamie!

I żeby nie było, wcale nie twierdzę, że na placu Taksim nic się nie dzieje. Że nie ma protestów, że armatki wodne i gaz łzawiący nie poszły ani razu w ruch. Ale powtarzające się nagłówki, że cały Stambuł wrze i że przez Turcję przechodzi rewolucja, były, delikatnie mówiąc, mocno przesadzone. Taktycznie postanowiliśmy ominąć problematyczny plac, bo w końcu trochę rodzicielskiej odpowiedzialności gdzieś głęboko we mnie drzemie. W efekcie nie widzieliśmy ani jednego demonstranta i ani jednego policjanta. Serio. A jednocześnie cały czas śledziłam nagłówki w polskich gazetach. Oj jakże mocno stały one w sprzeczności z tym, co widziałam na własne oczy! Czyli potwierdzone – media kłamią.

Bo w Stambule nie tylko uszczerbku na zdrowiu nie doznaliśmy, ale wręcz przeciwnie – wypoczęliśmy i unurzaliśmy się po pachy w cudownej, leniwo-chaotycznej atmosferze miasta. W czasie gdy my zachwycaliśmy się Stambułem, Stambuł zachwycał się nami. No może nie tyle nami, co jednym z nas. Bo Przekorny Kajtek, który wygląda już jak ludzik Michelin, zawojował Turków i Turczynki swoimi białymi fałdeczkami – kolejki by zrobić sobie z nią zdjęcie były dłuższe niż do misia na Krupówkach ;-) No i jeszcze ich uliczne jedzenie! Trawestując wiesza:

Ktokolwiek będziesz w tureckiej stronie

pod bosforskiej cieśniny brzegi podjechawszy

pomnij by minąć mostowe restauracje

i balik ekmek zjeść od ulicznego sprzedawcy!

:-)

2013-06-24-01

No.

Ale wróciliśmy, a na wspomnieniach człowiek długo nie pociągnie. Jednak trzeba jeść. A co jeść? Wiadomo – szparagi – to już ich ostatnie chwile na straganach.

Cooking&eating

Podsmażamy dymkę i czosnek na niewielkiej ilości oliwy.

Cooking&eatingDorzucamy umyte, pozbawione zdrewniałych końcówek i pokrojone na mniejsze kawałki szparagi. Smażymy kilka minut.

Cooking&eatingSkrapiamy je cytryną, solimy i pieprzymy.

Cooking&eatingDorzucamy pół pęczka pietruszki, a następnie robimy łyżką zagłębienia w szparagowej siekance. W zagłębienia wbijamy jajka. Każde jajko trzeba jeszcze ciut dosolić z wierzchu.

Cooking&eatingPrzykrywamy garnek i trzymamy wszystko na ogniu do czasu gdy jajka zetną się w pożądanym stopniu. Podsypujemy resztą pietruszki i wcinamy ze smakiem. Pycha!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Cudze chwalicie…

Standardowy

Czasy to były zamierzchłe, a centkowi Rodziciele młodzi. Sama centka była podówczas być może w wieku Przekornego Kajtka, być może nieco starsza, w każdym razie małe to to i głupie jeszcze było. Z małości wyrosłam. Z głupotą się zmagam. Ale nie popadajmy w dygresje – wracamy do czasów zamierzchłych. W onych czasach z zaopatrzeniem było jak w tym kawale, co to hindusa najmowali do pracy w supplies. Rozmowa poszła dobrze, a delikwent miał się stawić do pracy następnego dnia rano. Ranek nastał, a człowieka nie ma. Myśli kierownictwo – trudno, bywa, wybraliśmy nieodpowiedniego kandydata. A tymczasem w dalszej części dnia ktoś musiał zejść do magazynu. Idzie sobie, niczego się nie spodziewa, a tu wtem nagle zza węgła wyskakuje nasz hindus i z radosną miną krzyczy (piszę fonetycznie by oddać klimat) /suplajs/!

Zaraz, zaraz, miałam w dygresje się nie bawić. No to wracamy jeszcze raz – czasy są zamierzchłe, zaopatrzenie marne, aczkolwiek czasem gdzieś coś niespodziewanie rzucą. Taki /suplajs/.  No i razu pewnego, w tę gospodarkę niedoborów, rzucili banany. Proszę państwa, cóż tam się działo. Tłum się skłębił momentalnie, komitet kolejkowy poddał się walkowerem nie mogąc zapanować nad tłumem i zaczęła się krwawa jatka. No może trochę koloryzuję ;-) W każdym razie centkowa Mama, może nie duża, może nie silna, ale za to sprytna, jakoś się poprzeciskała między nogami, nad głowami, chyłkiem, bokiem, zwinnie, śmigle i jakimś cudem zdołała zakupić banany, które prawdopodobnie pół jej pensji kosztowały. Ale dla dziecka wszystko.

A mała i głupia centka wziąwszy kawałek banana do buzi stwierdziła, że fuuuuj, obrzydlistwo i jeść tego nie będzie.

Morał z tej bajeczki taki, by nie pchać się w każdą kolejkę, nie wydawać fortuny na dziecko gdy nie jest to konieczne i nie przedkładać bananów nad dobra rodzime. Bo kto powiedział, że banan lepszy? Że jak egzotyczne to smaczniejsze? I że to właśnie banany do chlebków i muffinków trzeba dodawać? No w sumie nikt. I dobrze. Bo jak zamiast banana dodacie rabarbar, to też będzie pysznie. I to jak!

Cooking&eatingPrzy robieniu poprzednich babeczek, a konkretnie rabarbarowego curd’u, zastanawiałam się, jakie jeszcze zastosowanie można wymyślić dla rabarbarowej pulpy, która powstaje w toku produkcji. I wymyśliłam, by dodać ją do ciasta, tak jak dodaje się rozgniecionego banana. Wyszło cudownie, orzeźwiająco, lekko i kwaskowato. Wypróbujcie póki jeszcze sezon na rabarbar trwa!

Zaczynamy jak ostatnio, czyli gotujemy na małym ogniu pół kilo pokrojonego rabarbaru z łyżką wody i trzema łyżkami cukru.

Cooking&eatingGdy rabarbar zacznie się rozpadać rozdrabniamy go blenderem i wrzucamy wszystko na sito wyłożone gazą. Potrzebować będziemy i pulpy, i wyciekającego soku. Gdy pozyskamy już rabarbarową esencję, to 200 g pulpy mieszamy z 2 jajami i 90 ml oleju.

Cooking&eatingW oddzielnej miseczce łączymy 180 g mąki, 100 g cukru,  płaską łyżeczkę proszku do pieczenia, pół łyżeczki (też płaskiej) sody oraz szczyptę soli.

Cooking&eatingŁączymy zawartość obu misek byle jak, szybciutko widelcem i ciastem napełniamy muffinowe foremki do 3/4 wysokości.

Cooking&eatingPieczemy w 180 stopniach przez ok. 25 minut. Studzimy na kratce.

Cooking&eatingW zasadzie można od razu przystąpić do jedzenia. Tak jak w przypadku bananowego chlebka, tak i tu owoce nadają muffinom cudnej wilgotności. A kwaśność rabarbaru na dodatek sprawia, że muffiny wydają się leciutkie. Prawdziwie letnie. Jeśli jednak chcecie się przenieść z doznaniami na zupełnie inny level, to zróbcie jeszcze coś – dodajcie muffinom czapy z kremu rabarbarowego. Będzie ekstatycznie!

250 g mascarpone ucieramy z 2 czubatymi łyżkami cukru pudru i sokiem, który odciekł z rabarbarowej pulpy. Soku powinno być ok. 50 ml. Jeśli macie go więcej, to zredukujcie na małym ogniu (i oczywiście wystudźcie przed dodaniem do serka).

Cooking&eatingKrem wstawiamy do lodówki na pół godziny – dzięki temu zgęstnieje i łatwiej będzie nim przyozdabiać muffinki.

Cooking&eatingPyyyyycha!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Między nami, babeczkami

Standardowy

Bo czasem tak już jest, że wszystko co się spieprzyć może, to się spieprzy. Co gorsza, nie jest to sytuacja losowa, niezależna, sile wyższej podległa. No niestety nie. Sama to na siebie ściągam. Znam mechanizm, a i tak, jak ta ćma, wlatuję w ognień. No bo najgorzej wejść do kuchni w pośpiechu i chcieć coś zrobić szybko.

Praktycznie zawsze kiedy próbuję coś zrobić w tempie ekspresowym, to kłody pod nogami mnożą się jak drożdże. Mam jak w banku, że odkryję w jakie nowe, zaskakujące miejsca Niesforny Mąż poupychał kuchenne przybory. Oczywiście spędziwszy uprzednio nadmiarowy kwadrans na poszukiwaniu durszlaka (w czasie gdy makaron się rozgotowuje) czy patyczka do sprawdzania poziomu wypieczenia ciasta (podczas gdy ciasto przepieka się ponad miarę). Pewnikiem coś mi się rozleje, a ryż spektakularnie rozsypie po całej podłodze. A mąka z górnej szafki widowiskowo przesypie się do otwartej szuflady w szafce dolnej.

No a ostatnimi czasy doszło coś jeszcze. Bo wiecie, jest czasem w przepisie taki fragment, że stoi jak byk napisane – nie odstępować na krok i mieszać / ubijać / obracać bez chwili przerwy, bo jak nie, to będzie źle. No bywa tak. I choćby przez pozostałe 99% czasu można by bez problemu wcisnąć pauzę i powrócić do tematu po chwili, to w tym strategicznym momencie murem trzeba stać przy garach. No i jak myślicie, na jakim etapie przygotowywania potrawy Przekorny Kajtek zaczyna się domagać mojej uwagi? Tak, zgadliście, właśnie wtedy, kiedy absolutnie nie powinien. W sumie nie wiem jak dobrnęłam do mety. Na szczęście dobrnęłam. Bo o to jaki był cel:

Cooking&eatingA jak jeszcze Wam powiem, że pod słodką ciągutkową bezą kryje się cudnie kwaśny rabarbarowy curd, to moja determinacja będzie już całkiem oczywista, prawda? Jeśli jako i ja macie słabość do takich połączeń, to zakasujcie rękawy i ruszamy!

Na początek curd rabarbarowy. Zasadniczo robi się go jak cytrynowy tylko z rabarbaru ;-) Poniższa proporcja jest na duuuży słoik, czyli ilość zdecydowanie większą niż potrzebna do babeczek. Co akurat jest zaletą – curd jest tak pyszny, że dowolną ilość można wyjeść łyżeczką prosto z garnka, dlatego warto zrobić więcej. A zaczynamy od rabarbaru. Pół kilograma łodyg myjemy i siekamy na centymetrowe kawałki. Obierać nie trzeba. Podsypujemy 3 łyżkami cukru, podlewamy łyżką wody i gotujemy na małym ogniu.

Cooking&eatingRabarbar gotujemy aż doprowadzimy go do rozpadu. Czyli jakieś 15-20 minut. Wtedy go blendujemy.

Cooking&eatingRabarbarową papkę wrzucamy na sito wyłożone gazą i pozwalamy esencjonalnemu sokowi przesączyć się niespiesznie.

Cooking&eatingPowinniśmy otrzymać mniej więcej 3/4 szklanki soku. Pulpę koniecznie zostawcie bo jest pyszna. Z powodzeniem może występować w charakterze rabarbarowego dżemu, zostać dodana do jogurtu albo do gotowego rabarbarowego curd’u dla wzbogacenia faktury. A jeśli chodzi o sok, to dodajemy go do 6 żółtek roztrzepanych z 3/4 szklanki cukru.

Cooking&eating

Ponadto dodajemy 100 g masła pokrojonego w kostkę i wstawiamy wszystko na mały ogień. Podgrzewamy cały czas mieszając. Jeśli nigdy wcześniej tego nie robiliście lub też nie znacie możliwości swojego palnika, to lepiej przenieście się z curdem do kąpieli wodnej. Niezależnie od obranej metody masę mieszamy i podgrzewamy aż pięknie zgęstnieje. I powstrzymujemy się przed zjedzeniem całości na gorąco :-)

Cooking&eatingNadzienie przygotowane, można się wziąć za bazę, czyli babeczkowe ciasto. Ucieramy115 g miękkiego masła, a gdy będzie puchate dodajemy 150 g cukru i skórkę otartą z jednej cytryny. Ucieramy na gładką masę.

Cooking&eatingDodajemy do masła jedno po drugim 2 żółtka i miksujemy. Następnie 155 g mąki łączymy z łyżeczką proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody i szczyptą cukru. 90 ml mleka zakwaszamy sokiem z 1 cytryny oraz aromatyzujemy łyżeczką esencji waniliowej. Dodajemy na zmianę po trochu mąki i mleka do maślanej masy i miksujemy aż wszystko się połączy.

Cooking&eatingNa koniec ubijamy 2 białka na sztywną pianę, dosypujemy do nich 15 g cukru i jeszcze chwilę ubijamy, a następnie dodajemy białka w dwóch transzach do ciasta mieszając całość delikatnie szpatułką. Ciastem wypełniamy muffinkowe foremki do 3/4 wysokości (ciasta starcza na 12 babeczek) i pieczemy w 175 stopniach przez 20-25 minut. Wcześniej nie wspomniałam, że w tym właśnie momencie wywaliło mi kroki, prawda? No właśnie – akurat gdy babeczki siedziały w piecu prąd mi odjęło. I wyszły zapadnięte zamiast garbate. A idea była taka, żeby garbik stożkowo wyciąć i zakłębienie nałożyć curd’u. Z braku garba nadziałam babeczki inaczej.

Cooking&eatingZostał jeszcze bezowy wierzch. Robimy go zaczynając od ugotowania syropu z  125 g cukru, 2 łyżek wody i 2 łyżek syropu np. klonowego, kukurydzianego lub z agawy. Syrop gotujemy ok 8-10 minut (do 115 stopni C – jeśli macie termometr). Ubijamy na sztywno 3 białka i cały czas ubijając zaczynamy wlewać cienką strużką gorący syrop. Masę białkową ubijamy potem jeszcze trochę, do czasu aż nieco przestygnie.

Cooking&eatingMasą dekorujemy babeczki mniej lub bardziej finezyjnie

Cooking&eatingTeraz pozostał już tylko ostatni krok – wrzucamy babeczki pod porządnie rozgrzaną górną grzałkę w piekarniku (u mnie górna grzałka + termoobieg ustawione na 200 st.) i rumienimy bezę. Trwa to chwilę (mi wystarczyły 2 minuty), więc nie spuszczajcie babeczek z oczu.

Ufff, to już koniec! Dobrnęliście ze mną do mety? To poczęstujcie się babeczką, zasłużyliście na to :-)

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eatingPrzepis stąd z moimi zmianami

Być jak Pomysłowy Dobromir

Standardowy

I kiedy myślę sobie, że to już nie ma sensu, że już nie dam rady, że na kolejnym zakręcie to już spektakularnie wywinę orła, no bo rąk brakuje, a ewolucja spłatała nam takiego psikusa, że stopy chwytne utraciliśmy, to się okazuje, że jakiś szatański pomysł, że jakaś myśl drobna gdzieś w czeluściach zwojów kiełkująca sprawia, że jednak będzie inaczej.

No bo przypomniało mi się coś pysznego. A potem się okazało, że nie dość że odnóży mi nie starczy na blendowanie sosu, to jeszcze nerkowców w domu nie mam. I już prawie się udało, już niemalże ulatniała się ta chęć rozpieszczania kubków smakowych, gdy jednak drzemiący we mnie młody wynalazca orzekł, że da się. I nie, wcale nie wyhodowałam naprędce dodatkowych kończyn. Po prostu wpadłam na skrót genialny w swej prostocie i pyszności. Zamiast orzechów w swej naturalnej postaci użyłam kremowego masła orzechowego. Wyszło obłędnie pysznie. Bo wiadomo – pysznie być musiało, inaczej cała ta zabawa nie miałaby sensu.

Cooking&eatingCurry orzechowe z kurczakiem w tej wersji robi się szybko i prosto. Na początek siekamy chili, czosnek i dymkę.

Cooking&eatingPodsmażamy wszystko krótko na niewielkiej ilości tłuszczu, a następnie dodajemy łyżkę sporą garam masali. No chyba, że macie jakąś bardzo ostrą mieszankę, to wtedy trochę mniej.

Cooking&eatingGdy przyprawy rozwiną swój aromat dorzucamy kurczaka – skrojony w grubą kostkę podwójny filet z piersi. Obtaczamy go dokładnie w zawartości rondla i podsmażamy 2-3 minuty.

Cooking&eatingTeraz czas na masło orzechowe – dorzucamy go solidną łychę

Cooking&eatingDajemy mu chwilę aby połączyło się z przyprawami, a my w tym czasie sięgamy po śmietankę kokosową – małą puszkę czyli 125 ml.

Cooking&eating

Cooking&eating

Kurczaka dusimy w śmietance ok. 20 minut. Jeśli zbyt wiele wody odparuje, możemy sos troszkę rozrzedzić. I tyle. Prawda że szybko? A jak smakowicie! Dzięki ci opatrzności za masło orzechowe!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Gdzie jeszcze chcesz wcisnąć nutellę, ale się boisz?

Standardowy

No dobrze. Masz już te dzieści lat. Już nie wypada Ci chodzić w porciętach krótkich i podkolanówkach. Ani rzucać kamieniami w drzewo. A huśtawka na placu zabaw jakby ździebko przymała się wydaje. No owszem, takie właśnie są fakty. I co z tego? No właśnie – cóż z tego, skoro niezależnie od wieku, bez zważania na stanowisko, dorobek na koncie bankowym czy ilość tych wrednych skurczybyków zmarszczek człowiek nadal trzyma w szafce słoik z nutellą? Ok, może ten słoik jest teraz jest w stanie przetrwać w  szafce nieco dłużej, ale bądźmy szczerzy – nadal nie za długo.

Bo nutella nie dość że jest pyszna au naturel, to jeszcze boski mariaż tworzy z sernikami, ciasteczkami, torcikami i lodami. No i z naleśnikiem też jest niczego sobie.

Ale nutella z serem? A konkretnie z brie? Przyznaję, nie wpadłabym na to sama. Co nie znaczy, że pomysł mnie nie zachwycił. Ba, opętał mnie totalnie. A efekt doprowadził kubki smakowe do obłędu. Musicie tego spróbować – rozpusta w czystej postaci!

Cooking&eatingOd zera do skrajnej rozpusty dzieli nas kilka minut. Składniki są nieliczne i łatwo dostępne. Więc żadnych wymówek – do dzieła! Bierzemy chleb pszenny (np. bułka wrocławska choć chałka też nie byłaby głupim pomysłem), brie i nutellę. Brie taki bez dodatków i co najwyżej umiarkowanie dojrzały. W sensie nie za miękki. Nie ma też co inwestować w ser najwyższej jakości, bo on głównie odpowiada za konsystencję efektu finalnego, a nie za smak. Ten  narzuca nutella.

Cooking&eating

Na kawałku masła podsmażamy z jednej strony parzystą ilość kromek chleba.

Cooking&eatingZdejmujemy chleb z patelni i połowę kromek (po tej podsmażonej stronie) smarujemy nutellą, a drugą połowę obkładamy brie.

Cooking&eatingSkładamy jedno z drugim, rozpuszczamy na patelni kolejny kawałek masła i smażymy kanapki z dwóch stron. Przed przewróceniem na drugą stronę dorzucamy jeszcze ciut masła na patelnię.

Cooking&eatingOk, jesteście gotowi na to co zaraz nastąpi? To lepiej się przygotujcie, bo odjazd będzie nieziemski. Zapamiętajcie dzieci drogie – żadna heroina, żadne skoki na bungee, a tylko grilowana kanapka z serem i nutellą dostarczą Wam tak nieziemskich doznań. Serio, serio :-)

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eatingPrzepis znaleziony tu.

 

 

Karczoch na dachu czy w garści?

Standardowy

Zasadniczo jestem podobna do taty. Tak pod względem charakteru, jak i z fizjonomii. A jednak istnieje niezaprzeczalny dowód, że i z mamą jestem spokrewniona. Otóż obie mamy tą przeklętą umiejętność, by spośród wszystkich rzeczy w sklepie wystawionych, kierując się li tylko gustem, bez podglądania cen, wybrać w jakiś cudowny sposób akurat tą najdroższą.

Prawdopodobnie w tym właśnie tkwi źródło mojej dziwnej słabości do karczochów – wszak ich ceny w Polsce są absolutnie absurdalne. Bo kto to widział, żeby jedna sztuka, której na dodatek połowa ląduje w śmietniku w toku przygotowań, kosztowała np. 9 zł? Jest to oczywisty rozbój w biały dzień i na ogół wobec takiego stanu rzeczy unoszę się dumą i odchodzę obrażona. Z karczochem na dachu, zamiast w garści.

No a jak już wiecie podczas ostatniej włoskiej wyprawy skoczyłam do warzywniaka i pobuszowałam wśród flory, trafiając przy tym nie tylko na kwiaty cukinii, ale i na karczochy w cudownej cenie 1 € za kilogram. Oczywiście kupiłam. I przywiozłam. I w końcu wypróbowałam przepis Jamiego Oliviera na risotto z karczochami. Może to niezbyt trwała pamiątka z podróży, ale i tak było warto ;-)

2013-04-28-01Karczochy, czy to do risotta, czy też dla celów innych, przygotowuje się łatwo. Trzeba tylko wiedzieć o paru rzeczach.

2013-04-28-02Najlepiej kupować zielone. Jak widzicie mi się to nie udało. No cóż – akurat nie sezon, więc nie wybrzydzałam. Zanim weźmiemy się za karczochy przygotowujemy miskę z wodą, do której wciskamy sok z jednej cytryny. Dopiero gdy woda jest na podorędziu przystępujemy do maltretowania kwiatów. Karczochy pozbawiamy 2-3 warstw zewnętrznych liści.

2013-04-28-03Zbędne liście odcinamy nożem u podstawy. Jeśli macie wątpliwość czy usunąć więcej czy mniej liści – lepiej więcej. Zewnętrzne liście są łykowate i przez to praktycznie nie jadalne, a co najmniej bardzo nieprzyjemne w konsumpcji. Następnie odcinamy czubek. A nawet nie tyle czubek, co z 1/3 karczocha.

2013-04-28-04

2013-04-28-05

Jeśli np. chcecie karczochy zapiekać w całości, to sam środeczek trzeba wydrążyć. Mi nie zależało na pozostawieniu ich w jednym kawałku, więc przecięłam je na pół i wtedy środeczek usunęłam nożem.

2013-04-28-06

Tak sprawione karczochy (u mnie 4 nieduże) od razu wrzucamy do miski z cytrynową wodą – to je chroni przed ściemnieniem.

2013-04-28-07Ok. Najbardziej kłopotliwa część za nami. Teraz już będzie z górki. Siekamy karczochy na paski (tak jak się kroi cebulę w pióra). Na łyżce oliwy szklimy posiekany ząbek czosnku, dodajemy karczochy, 2-3 łyżki wody i sok z połówki cytryny. Dusimy niespiesznie do miękkości, co potrwa ok. 10-15 minut.

2013-04-28-08W międzyczasie robimy risotto bianco, czyli podstawową wersję risotta. A jak risotto, to wiadomo – zaczynamy od podsmażenia drobno zsiekanych: 2 ząbków czosnku, 1 cebulki i 1-2 łodyg selera naciowego.

2013-04-28-09Do zeszklonych warzyw dodajemy 100 g ryżu do risotto (np. odmiana arborio) i smażymy całość 2 minutki. Po tym czasie wlewamy do ryżu ok. pół kieliszka wina (50-75 ml). Białego, wytrawnego lub pół.

2013-04-28-10Potem, jak to przy risotto, podlewamy ryż wrzącym bulionem, chochelka po chochelce, wlewając kolejną dopiero wtedy, gdy poprzednia się wchłonie. Przez ten cały czas ryż mieszamy. Czynność kontynuujemy, aż ryż będzie prawie gotowy, taki jeszcze ciut, ciut zbyt al dente. Gdy osiągniemy ten poziom dorzucamy sporą kupkę świeżo utartego parmezanu i łyżkę masła.

2013-04-28-11I gdybyśmy chcieli poprzestać na risotto bianco, to byśmy już byli w domu. Ale jako że jest to risotto z karczochami, to dorzucamy jeszcze nasze uduszone karczochy. Mieszamy wszystko szybciutko, gaz pod rondlem wyłączamy i pokrywką przykrywamy. Trzymamy przykryte 2-3 minutki, aby risotto doszło. I tyle! Choć może jeszcze coś – odrobina parmezanu na wierzchu. Ale teraz to już na serio koniec. Można jeść!

2013-04-28-12

2013-04-28-13

2013-04-28-14

Toskański bukiet

Standardowy

Przyznam się do czegoś. Nie polubiłam Włoch. Nie zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Nie zrozumiałam na jakim tle te ochy i achy są generowane. Sjestę uznałam za wynalazek szatana – bo czy to normalne, żeby zamykać knajpy właśnie wtedy, kiedy człowiek najbardziej potrzebuje obiadu? A opłata serwisowa za klapnięcie umęczonym tyłkiem na krzesło przy piciu espresso? Toż to zbrodnia w biały dzień! I te tłumy, dzikie tłumy turystów, nawet najbardziej poza sezonem, jak tylko się da, czyli w styczniu. No.

Ale. Nie bez powodu czas przeszły w powyższym akapicie rozbrzmiewa. Się okazało, że mnie po prostu zmęczył Rzym. Piękny on, a i owszem, ale męczący, nieprzyjazny i z zadartym nosem. Zwłaszcza wobec punktu odniesienia – prosto z Rzymu pojechaliśmy do Barcelony, która była rozkosznie urocza i duszę swą przed nami otworzyła od razu. Po drugie, od czasu Rzymu jeszcze parę innych miejsc w słonecznej Italii dane było mi zobaczyć i przyznam to. Publicznie.

Myliłam się. Lubię Włochy.

A niezależnie od mych ewoluujących uczuć względem kraju, to od zawsze uznaniem darzę kuchnię włoską. Pasta w formach wszelakich często gości na mym stole, pizze równie chętnie samodzielnie wypiekam, a bruschetty nader gorliwie chrupię. I tylko jedna sprawa mi się we włoskiej kuchni nie podoba. A mianowicie to, że niektóre jej składniki są u nas dostępne trudno lub wcale. Wobec powyższego nie powinno Was zdziwić, że z ostatniej wyprawy, tym razem pod toskańskie niebo, przywiozłam właśnie kuchenne ingrediencje. Kwitnące na dodatek.

Cooking&eatingKwiaty cukinii, bo o nich mowa, z jakiś względów w Polsce są praktycznie niedostępne. No chyba, że ma się znajomego działkowicza, który na dodatek hoduje cukinie. Bo w sklepie ich raczej nie znajdziecie. A jeśli znajdziecie, to ja poproszę o adres tego sklepu :-)

Cooking&eatingJeśli podstawową przeszkodę, czyli dostępność składników, pokonacie, to dalej jest już z górki. No bo zobaczcie sami jakie to proste: 250 g ricotty mieszamy ze sporą garścią ziół wszelakich (mięta, bazylia, pietruszka, tymianek, szczypior, oregano, a najlepiej mix zielska)

Cooking&eatingDo ziołowego serka dodajemy 50 g tartego parmezanu

Cooking&eatingDoprawiamy twarożek solą, pieprzem i gałką muszkatołową oraz skórką otartą z jednej cytryny.

Cooking&eatingRicottową masą nadziewamy kwiaty cukinii. Mi najwygodniej robiło się to szprycą z tylką o szerokim otworze.

Cooking&eatingMasy starcza na nadzianie 12-16 kwiatów (zależy od ich wielkości i tego ile nadzienia jesteśmy w stanie napakować do środka)

Cooking&eatingKwiatkom dajemy na chwilę spokój i bierzemy się za sos. Siekamy szalotkę i czosnku ze dwa ząbki. Wrzucamy to na odrobinę oliwy i podsmażamy do szklistości. Dodajemy pomidory – pół kilo obranych ze skóry świeżych lub (co jest lepszym rozwiązaniem tą porą roku) puszkowanych.

Cooking&eating

Solimy sos, pieprzymy go również, dorzucamy garść czarnych oliwek. Brutalną siłą rozgniatamy pomidory i dusimy całość z 5 minut. Do tak przygotowanego sosu wkładamy delikatnie nadziane kwiaty

Cooking&eatingSkrapiamy kwiaty oliwą, przykrywamy rondel i dusimy wszystko 15-20 minut. Na koniec skrapiamy cytryną i gotowe.

Cooking&eatingŁomatuchno jakie to pyszne! I takie bardzo włoskie w smaku :-)

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating