Monthly Archives: Wrzesień 2011

Jaka piękna katastrowa (z dynią w tle)

Zwykły wpis

Chcecie przepis na katastrofę? Ależ proszę. Zróbcie to ciasto, kupcie morze wina i zaproście cztery przyjaciółki. Wynieście ciasto na stół, a się zacznie – pierwsza jest właśnie od dziś na diecie, druga zauważyła u siebie cellulit pod pachami, trzecia nie jada węglowodanów, a czwarta wszystko razem. Chichocząc złośliwie odpowiedzcie, że nie ma sprawy, więcej zostanie dla Was. Po czym nałóżcie sobie kawałek czarnego, lśniącego, pachnącego ciasta i patrzcie co się dzieje. Pierwsza stwierdza, że w sumie może zacząć od jutra, druga, że w sumie pod pachy nikt jej nie zagląda, trzecia, że w sumie czekolada to cenne źródło magnezu, a czwarta, że w sumie nie będzie sama cierpieć. Po pierwszych kęsach hamulce puszczają, trzeba pochłonąć kolejne. Po dwóch kawałkach ciasta nadchodzi fala wyrzutów sumienia, które zagłuszyć można tylko kawałkiem numer 3. Zupełnie nie wiadomo kiedy ciasto i wino się dematerializują. Katastrofa. Ale, cytując Zorbę, jaka piękna katastrofa.

Jak zobaczyłam to ciasto pierwszy raz, byłam bliska utraty zmysłów. Trafiłam na nie rano w pracy. Myślałam, że nie wytrzymam do końca dnia, wezmę urlop na żądanie, zwolnię się z powodu nagłej niedyspozycji lub po prostu wyjdę po angielsku, byle jak najszybciej wrócić do domu i je upiec. Nie wiem jak to się stało, że tego dnia jednak wysiedziałam do końca i wróciłam do domu w jednym kawałku, nie wpadając po drodze nikomu pod koła. Drżącymi z ekscytacji rękoma obierałam cukinię, mieszałam, wbijałam, miksowałam, by w końcu doczekać się wypieku, który zwalił mnie z nóg. Zdecydowanie to ciasto jest w ścisłej czołówce czekoladowych rozkoszy, których miałam przyjemność spróbować. A wierzcie mi, próbowałam wielu, bo ciasta czekoladowe ubóstwiam.

Wracając wczoraj z pracy do domu zobaczyłam na bazarku cukinie, które momentalnie przywołały czekoladowe wspomnienia. Ślinianki z miejsca rozpoczęły pracę ze zdwojoną siłą i już, już byłam bliska zakupu cukini, gdy przypomniało mi się, że domu mam spory kawałek dyni.

Hmm…, zadumałam się elokwentnie, czemu by nie? W końcu warzywo, to warzywo ;-) Poza tą zmianą postąpiłam dokładnie według instrukcji Dorotki. Piekłam w tortownicy o średnicy 26 cm przez godzinę. Pycha.

Reklamy

Najważniejszy składnik dania

Zwykły wpis

Gotuję głównie pod wpływem impulsu. Nie potrafię optymalizować tygodniowego menu, zrobić zakupów na zapas (z wyłączeniem zapasów spiżarnianych) i podążać według ustalonego planu. Często jest tak, że trafiam na składnik, który zadziała na moją wyobraźnię i wokół niego buduję danie. Żeby było śmieszniej, rzadko kiedy jest to podstawowy składnik jakiegoś dania Na przykład trafiam na mielony kumin, więc robię tadżin. Grand marnier upolowane w promocji staje się przyczyną upieczenia ciasta, do którego konieczne są 3 (słownie trzy) łyżki tego trunku. A świeża kolendra zwykle kończy w curry. Prawdopodobnie zaczynając ciąg skojarzeń od wody czy soli też mogłabym dojść do wniosku, że absolutnie niezbędne jest kupienie dwóch kilogramów najlepszej cielęciny. Tak, najważniejszym składnikiem dania jest ten, od którego pochodzi inspiracja.

Tym razem trafiłam na dojrzałe mango, co niestety jest nie lada sztuką. Na ogół w sprzedaży są niedojrzałe i kwaśne twardziele, które wymagają leżakowania by się nadać do konsumpcji. A tu taka gratka! Zaiskrzyło mi w mózgu, buchnęło, prychnęło, obwód się domknął i w efekcie skojarzyłam mango z dynią i już wiedziałam co zrobię – maszyna losująca wyłoniła zwycięzcę: czerwone curry z krewetkami Nigelli.

Bierzemy kawał pięknej dyni i średniego batata – razem ok. 400 gram – siekamy w kostkę.

W głębokim rondlu rozgrzewamy po łyżce oleju słonecznikowego i sezamowego. Krótko smażymy łyżeczkę startego imbiru, dwa starte ząbki czosnku, dwie posiekane dymki.

Dodajemy 1-2* łyżki czerwonej pasty curry, chwilę smażymy i zalewamy puszką (400 ml) mleka kokosowego, podlewamy szklanką bulionu i dodajemy 2 łyżki sosu rybnego. Doprowadzamy do wrzenia i wrzucamy dynię z batatem.

* pasty, w zależności od producenta, różnią się ostrością. Poza tym, każdy ma inną wrażliwość na chilli. Zatem czyń wedle upodobań.

Gdy warzywa będą miękkie, czyli po ok. 10 minutach, do rondla lądują krewetki (250 gram). Używam mrożonych królewskich robali, które na początku przygotowywania potrawy wrzucam do miski z ciepłą wodą i gdy dochodzę do tego etapu już są wystarczająco rozmrożone. Wracając do tematu – wrzucamy je do rondla i ponownie doprowadzamy do wrzenia.

Na koniec jeszcze wypadałoby dodać mango, od którego całe zamieszanie się zaczęło prawda? I sok z połowy limonki.

Niestety tym razem, jak na złość, kolendry w sklepie zabrakło. W ogóle, rzadko bywa. A szkoda. Ale smak i bez kolendry jest zniewalający. Uwielbiam curry chyba w każdej odsłonie, zarówno diabelsko ostre jak i łagodnie słodkie, jak to. Poza tym, to danie idealne na jesienną pogodę – prawdziwe słońce na talerzu, nie tylko ze względu na kolor. Niesforny Mąż stwierdził, że smakuje jak prawdziwa Azja. No może w innych słowach, ale tłumacząc z niesfornego na polski, to właśnie chciał przekazać.

M jak Muffin

Zwykły wpis

Zauważyłam wczoraj, że gapią się na mnie borówki. Bacznie mnie obserwowały. Dołączyły do nich żurawiny. Wspólnie zaczęły knuć spisek. Uparcie wlepiały we mnie swoje kolorowe ślepia. Starałam się je ignorować, udawałam, że jestem bardzo zajęta, wszystko na nic. Owoce nadal wymownie na mnie się patrzyły, aż w końcu zrozumiałam co starają mi się zakomunikować – czas na muffiny!

Szybki research i odpowiedni przepis z mojego zbioru receptur w necie wyszperanych określił przeznaczenie owoców. Ciasto podzieliłam na dwie części i do połowy dodałam rzeczone borówki i żurawiny, a do pozostałej masy dodałam marnujące się w lodówce śliwki, dla rozpusty wymieszane z cynamonem. Jak to przy muffinach – szybkie i niestaranne połączenie składników suchych z mokrymi i już blacha gotowa do wstawienia do piekarnika:

Uwielbiam obserwować, jak w piekarniku dzieje się magia. Niesforny Mąż już się przyzwyczaił do tego, że można mnie zastać w kuchni zapatrzoną w piekarnik jak w najlepszą telenowelę. Wczoraj nadawali pasjonujący film o muffinkach :-)

Oto jego wysokość muffin:

Uwaga! Znikają szybko i w tajemniczy sposób…

A co Ty wiesz o jajecznicy?

Zwykły wpis

Sądzisz, że o jajecznicy wiesz już wszystko? Przyznam Ci rację, jeśli znasz ją w tej odsłonie. Absolutnie fenomenalny przepis, zmieniający jajecznicę w orgazmiczne doznanie. Prychasz ze wzgardą czytając te słowa? Rozumiem Cię, też myślałam, że czytanie przepisu na jajecznicę nie przystoi, jeśli ma się więcej niż 10 lat i niejedną potrawę na koncie. Rzuciłam okiem tylko dlatego, że autorką była Nigella (tak, przyznaję się już kolejny raz, uwielbiam ją).  Cóż mogę rzec, nie bez przyczyny zrobiła taką karierę.

Jajecznica w tej wersji pasuje mi o każdej porze dnia. Świetnie sprawdza się gdy wracam do domu wieczorem przemarźnięta i głodna, jest doskonała na leniwe weekendowe śniadanie, a także na śniadanie w wersji oh fuck, jak się pozbyć tego kaca. Panie i Panowie, mam przyjemność zaprezentować Jajecznicę meksykańską.

Robiąc tą jajecznicę nie trzymam się ścisłych reguł – biorę więcej dodatków albo pomijam te, których akurat zabrakło w mojej lodówce. Nigella sugeruje pomidora, dymkę, papryczkę chili i tortillę. Baw się dowolnie, pamiętaj jednak, że chili i tortilla są nie do ruszenia, bo to właśnie te składniki przesądzają o charakterze dania.

Zatem siekamy nasze dodatki. Jeśli dodajesz pomidora, to warto go sparzyć i obrać ze skórki. Wyciągamy dwie patelnie. Na jednej podsmażamy na oliwie tortille, na drugiej pozostałe dodatki, które po chwili zalewamy roztrzepanymi jajkami.

Gdy jajka będą jeszcze półpłynne dodajemy do nich zezłocone tortille. Jeśli lubisz jajecznicę bardziej ściętą, dosmaż ją do pożądanej konsystencji, ale w zasadzie danie jest już gotowe. To co tortilla robi z jajecznicą nie daje się ubrać w żadne słowa. Po prostu spróbuj. Smacznego.

Podryw na dziale rybnym

Zwykły wpis

Czy nie zastanawiacie się czasami jak to jest, że w kraju, którego prawie jedna czwarta granicy to morze, który ma ponad 7000 tysięcy jezior i który posiada takie rzeki, że regularnie pada ofiarą powodzi, z ryb najłatwiej dostępna jest wietnamska panga i oblodzona kostka z mintaja? Pamiętam, że czasach mojego peerelowskiego dzieciństwa sklepy rybne były gęsto rozsiane po całym mieście. Niewiele w nich było, ale niewiele było również w innych sklepach. Taka była wówczas widać marketingowa strategia – wzbudzić pożądanie przez racjonowanie. Ale sklepy rybne były obecne, co dowodzi, że potencjalnie ryby mogły być w sprzedaży.

A teraz? Sklepów mamy więcej, towaru zdecydowanie też, ale kupienie świeżej ryby wcale nie jest łatwiejsze. Właściwie nie znam żadnego sklepu rybnego z prawdziwego zdarzenia. Znam jeden, który przetrwał dziejową zawieruchę i od lat jest w tym samym miejscu, ale asortyment ma w tej chwili ograniczony do ryb wędzonych i puszkowanych. Jedyny ratunek w luksusowych delikatesach lub super-hiper-gigamarketach. Wielka szkoda, że ryby nie są tak zadomowione w naszych sklepach jak np. mięso, bo góra przepisów czeka niewypróbowana z braku dostępności składników.

Z wyżej wymienionych powodów nie jadam ryb tak często, jakbym miała na to ochotę. A wczoraj właśnie naszła mnie taka ochota. Zajechałam do marketu, a tam na dziale rybnym od razu wpadł mi w oko przystojniak. Prężył swe pomarańczowe muskuły, kusił srebrzystą skórą, wabił i nęcił. Uległam.

Jako że rzadko jem ryby, gdy już je jem, chcę się nimi nacieszyć. Jestem oszczędna w dodatkach, bo to ryba jest tu najważniejsza. Poza tym, uważam, że ten sposób na łososia jest po prostu rewelacyjny.

Rozgrzewam piekarnik do 180 st. z termoobiegiem. Kawał łososia układam na folii aluminiowej, skórą do dołu. Rybę solę i obkładam z wierzchu plasterkami cytryny (bez pestek, bo one nadają goryczkę).

Zawijam rybę w folię aluminiową, tworząc sakiewkę. Nie musi być super szczelna, jedyne na co trzeba zwrócić uwagę, to zachowanie pozycji skórą do dołu.

Teraz wrzucam pakunek na rozgrzaną blachę piekarnika, oczywiście nadal skórą do dołu, i daję mu się piec 15-20 minut. Dokładny czas pieczenia zależy od wielkości i grubości ryby. Ale to nie ciasto – nie opadnie. Śmiało można zajrzeć, sprawdzić i w razie czego wstawić z powrotem.

W czasie gdy ryba się piecze przygotowuje sosy. Uwielbiam to delikatne mięso łączyć z koralowym sosem chili. Na 2-3 łyżki majonezu daję jedną posiekaną papryczkę chili bez pestek, łyżkę soku z cytryny i miksuję wszystko na gładki dip. Genialne połączenie, wierzcie mi.

Nigdy nie wiem czy Niesforny Mąż będzie w chili-jest-dobre czy oj-za-ostro fazie księżyca, więc na wszelki wypadek zrobiłam intensywną lecz nie ostrą ziołową pastę (1-2 łyżki majonezu, pół szklanki ulubionych ziół).

Ryba tak przyrządzona jest niesamowicie soczysta i delikatna. Chociaż nie dodaje się do niej żadnego tłuszczu ma wręcz maślaną konsystencję. Wystarczającym dodatkiem będzie świeża, chrupiąca bagietka. Chociaż kieliszek białego schłodzonego wina również jest godny rozważenia.

Smacznego.

Już tuż, tuż…

Zwykły wpis

…jest jesień. Niestety. Wobec jesieni mam ambiwalentne odczucia. Nie da się ukryć, że z każdym dniem coraz bliżej nam do listopadowej słoty, do szaroburej brei na ulicach, do najkrótszych dni w roku. Kot chyba już zwęszył pismo nosem, bo zaczyna się domagać zwiększonych porcji jedzenia oraz wydłużył czas drzemki z 18 do 20 godzin na dobę. Poza porami karmienia stara się pozostawać w trybie stand-by, akumulując energię na walkę z chłodem, na wszelki wypadek oraz bo tak. To w końcu Kot, zawsze ma swoje powody.

Z drugiej strony, jesień w wersji złota polska ma wiele uroku – dni są jeszcze ciepłe, wrześniowe słońce ma moc pobudzania organizmu do produkcji endorfin, matka natura barwi liście niczym utalentowany impresjonista. A do tego na bazarku mamy najlepsze sezonowe wyprzedaże! Najtańsze, najdojrzalsze i najsmaczniejsze warzywa są do naszej dyspozycji przez te parę tygodni. Zatem wyciągamy karty kredytowe, książeczki czekowe i zaskórniaki, nurkujemy pomiędzy kolorowe stragany i polujemy na okazje. Najmodniejsze kolory sezonu to żółty i czerwony.

Tak pięknej papryce nie można się oprzeć. Ale zawsze jest jakieś ale. Niesforny Mąż, jak większość mężów na tej ziemi, nie ma nic przeciwko warzywom, o ile są dodatkiem do mięsa. Co tu ukrywać, ja też to jaroszy nie należę. Tak oto papryka zyskała mięsne nadzienie.

Chrupiącą pomarańczową marchewkę ścieramy na grubych oczkach, wyciskającą łzy cebulę, diabelskie chili (bez pestek, jeśli nie lubisz zbyt ognistych potraw), zieloną cukinię i garść fasolki szparagowej siekamy na kawałki.

Wrzucamy wszystko partiami na oliwę i krótko podsmażamy. Dodajemy mięso mielone (wołowe, wieprzowe, drobiowe – jakie lubisz, ok. pół kilograma). Doprawiamy czosnkiem, solą i pieprzem w ilości zależnej od upodobań. Smażymy chwilę, po czym dodajemy 3-4 posiekane pomidory.

Farsz nie musi być dobrze przesmażony, „dojdzie” podczas zapiekania papryki. Jednak powinien odparować z nadmiaru wody. Jeśli warzywa były wodniste i wszystko wskazuje na to, że nim woda odparuje warzywa zamienią się w papkę, można zastosować fortel polegający na dodaniu do nadzienia 1-2 łyżek kuskusu. Pięknie wchłonie nadmiar płynu. W zasadzie można rozpocząć konsumpcję wprost z patelni. Już jest pysznie. Ale nie zapominajmy o naszej jesiennej królowej – papryce. Odcinamy górę, usuwamy gniazda nasienne i faszerujemy nasze ślicznotki.

Ta ilość nadzienia starczyła na wypełnienie 4 bardzo dorodnych papryk. Wstawiłam je na ok. pół godziny do piekarnika rozgrzanego do 180 st. Wspaniałe jesienne danie.

Nie taki diabeł straszny

Zwykły wpis

Fast food ma złą sławę, a wśród zniesławionych potraw hamburger wiedzie prym.  A frytki do tego to już sodoma i gomora. Do jedzenia w sieciówce z żółtym M w logo nie wypada się przyznawać. W tej o nazwie z trzech literek, z których pierwsza to K, to wiadomo, głowy i pazury zapiekają w panierce. A bezsprzecznie w każdej do jedzenia dodają kilo chlesterolu i wiaderko celulitu.  Stąd z pewną nieśmiałością wyznam, że bardzo lubię hamburgery.

Hamburger to dla mnie danie jak każde inne. Można je koncertowo spieprzyć, co powszechnie jest praktykowane zarówno w przydworcowych budkach jak i w globalnych sieciówkach. Ale równie niehumanitarnie można potraktować dowolne inne danie. Nie wińmy więc hamburgera za błędy kucharza.

Hamburger to przede wszystkim wołowina. Ponoć  prawdziwy (cokolwiek to znaczy) hamburger musi być tłusty, więc to chudej z natury wołowowiny dodaje się mielony tłuszcz, najlepiej również wołowy. Ja gustuję w wersji odchudzonej. Cóż, czyń wedle uznania i podpowiedzi swoich kubków smakowych. Do mięsa dodaję sól, jajko, musztardę, drobno posiekaną cebulkę i… ogórki kiszone. Wzięło się to stąd, że kiedyś trafiłam na przepis sugerujący dodanie kaparów. Zaiste, zacny pomysł, zatem się przyjęło. Któregoś razu gdy robiłam hamburgery ze zdziwieniem odkryłam, że stojący w lodówce słoiczek, wbrew oczekiwaniom, nie zawierał kaparów, a ogórki konserwowe. Zastosowałam to zastępstwo – z powodzeniem. Analogiczna sytuacja doprowadziła mnie do podmiany ogórków konserwowych na kiszone. I innych hamburgerów już sobie nie wyobrażam.

Nie mam specjalnej praski, obręczy, ani żadnej innej zaawansowanej technologicznie pomocy do formowania kotletów. Formuję je rękoma, starając się im nadać ładny kształt, ale na staraniach się kończy. To zapewne wina Kota, który zwąchawszy mięso siada na kuchennym parapecie i z łakomym wyrazem pyszczka uważnie śledzi każdy mój ruch. Któż pod taką presją byłby w stanie pracować?

Mniej lub bardziej kształtne burgery wrzucam na suchą rozgrzaną patelnie i smażę na średnim ogniu do uzyskania pożądanego stanu zrumienienia. W czasie gdy mięso się smaży zajmuję się oprawą. Tu ograniczenie stanowi tylko fantazja i zawartość lodówki. Tym razem zadecydowałam, że mięsu, na modłę cypryjską,  towaryszyć będzie cytryna i pietruszka. Zmiksowałam więc sok i natkę z majonezem na nienaturalnie zieloniutki sos.

 

Sos wylądował na podgrzanej w piekarniku bułce z ziarnami.

Jeszcze plaster pomidora, kiełki i gotowe.

Dobry hamburger nie jest zły!