To był zwyczajny dzień

Zwykły wpis

To był zwyczajny dzień. Budzik jak zwykle zadzwonił za wcześnie. Więc na drzemkę go skierowałam. Potem drugą. Przy ósmej straciłam rachubę.  I obudził mnie dopiero Kot domagający się czułości i jedzenia, w niesprecyzowanej kolejności. Kot na zegarku zna się słabo, więc obudził mnie za późno. Zerwałam się do galopu próbując błyskawicznie i jednocześnie skompletować garderobę, Kota dopieścić, umyć się, uczesać, Kota nakarmić, twarz wyretuszować i opcjonalnie jeszcze nie zabić się  przy tym wszystkim.

Potem oczywiście był korek, bo korek zawsze musi być gdy człowiek jest spóźniony. Takie jest odwieczne prawo miejskiej dżungli. Z włosem rozwianym wpadłam do pracy, wzięłam głęboki wdech, zrobiłam sobie duży kubek kawy i już miałam spokojnie usiąść i spokojnie zacząć pracować. Ale całą spokojność diabli wzięli, bo w inboxie pierdyliard maili mnie przywitał z samymi sprawami na już, względnie na wczoraj. Gdzieś o piętnastej wypiłam zimną już kawę, wyprosiłam możliwość wcześniejszego opuszczenia posterunku i ruszyłam żeby zdążyć na spotkanie z majstrem, który w ciągu dnia zadzwonił do mnie jedyne siedem razy, ciągle zmieniając godzinę spotkania. Jak byłam w połowie drogi majster zadzwonił po raz ósmy, że jednak dzisiaj to on nie da rady. Za to za chwilę zadzwonił magik nr 2, że on natomiast da dziś radę, choć pierwotnie miał nie dać. Czy muszę dodawać, że do magika nr 2 w zupełnie inną część miasta trzeba podjechać?

No więc właśnie. Zwyczajny dzień. Po takim zwyczajnym dniu oczekiwania względem jedzenia mam ograniczone do minimum – ma być szybko (bo pokłady energii życiowej na maksymalnie 10 minut stania przy garach pozwalają) oraz pysznie (bo niepysznych rzeczy nie ma sensu jeść). Jakie jest rozwiązanie tego równania? Tak, znów będzie o makaronie. I wcale nie zamierzam przepraszać. Bo makaron jest genialnym ułatwieniem życia codziennego.

No to czas – start!

Wstawiamy na gaz garnek z wodą na makaron. Siekamy cebulkę, szklimy ją na niewielkiej ilości tłuszczu (pół na pół masło z oliwą). Woda powinna już zawrzeć – łycha soli i dwie porcje makaronu lądują w środku. Do cebulki dorzucamy rozerwane na nieco mniejsze części plastry wędzonego łososia.

W czasie gdy łosoś siedzi na patelni i traci swoją ciemnołososiową barwę na rzecz jasnołososiowej, przekrajamy na pół garść pomidorków koktajlowych.

Pomidorkom wystarczy raptem 1 minuta na patelni – mają się zagrzać, ale nie stracić jędrności. Teraz parę łyżek śmietany (gęsta 18%), oraz sól i pieprz. Przy soleniu nie zapominajmy, że łosoś jest słony.

Trzymamy sos na ogniu tylko do czasu aż będzie gorący – więcej mu nie trzeba. Makaron już powinien być al dente. Odcedzamy, mieszamy, na talerze przekładamy. Trochę natki z wierzchu nie zawadzi.

Jeszcze łyżka parmezanu na sam koniec. Tak, tego mi trzeba po takim zwyczajnym dniu.

makaron

Reklamy

3 responses »

  1. Miejska dżungla nie zna granic…
    Zmagam się z korkami każdego dnia na słynnej Puławskiej.
    Taki makaron to obietnica nagrody niezwykłej po przedarciu się przez dżunglę.
    Mniammmmm…

  2. Czytając Twoje posty, Centko, można dostać zadyszki ;) I zgadzam się, że niepysznych rzeczy nie warto jeść. Domyślam się, że to danie zostało szybciutko zjedzone :)

Masz coś do powiedzenia? Nie krępuj się!:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s