… a przynajmniej ja tak odczytuję to połączenie. O czym mowa? O dyniowych gnocchi.
Padło na nie, bo nie mogę się oderwać od dyni. Wiem, że zaraz zniknie ze straganów i do następnego spotkania będzie trzeba czekać cały rok. Jednocześnie miałam chrapkę na kawał miękkiej gorgonzoli, której woń przebijała się na pierwszy plan przy każdym otwarciu lodówki. Dyniowe gnocchi w gorgonzolowym sosie czyniły zadość wszystkim zachciankom jednocześnie.
Z wszelkimi kluchami mam zawsze problem – z jakiego przepisu bym ich nie robiła, ostatecznie kończę przy zupełnie innych proporcjach niż sugerował autor. Dlatego pierogi, pyzy, makarony, kopytka jak również dzisiejszych bohaterów robię na oko. Tak jak w przypadku tych knedli najpierw zrobiłam jakkolwiek, a dopiero potem sumiennie spisałam co mi wyszło.
Najpierw dynia. Pocięłam ją na niegrube kawałki i upiekłam do miękkości – ok. pół godziny w 200 stopniach.
Miękką dynię pozbawiam skóry i pozwalam jej wystygnąć. Nie obieram dyni przed pieczeniem, bo usuwanie jej twardej skóry jest najzwyczajniej w świecie męczące. Za to po upieczeniu można ją oddzielić od miąższu nawet łyżką.
Ostudzoną dynię miksuję na gładkie pure. Wyszło mi 600 g dyniowej masy. Dodałam do niej 1 jajko i ok. 170 g mąki, posoliłam i zagniotłam piękne pomarańczowe ciasto. Z pięknego ciasta ulepiłam niezbyt piękne kluseczki. Jak zwykle mój brak finezji w pracach plastycznych wziął górę.
Jak zwykle jeden klusek był brzydszy od drugiego. Ale też, jak zwykle, smak gnocchi zrekompensował uszczerbek w doznaniach estetycznych. Gotujemy je krótko w osolonej wodzie – ok. 2-3 minuty od wypłynięcia.
Sos z gorgonzoli jest świetny – robi się go dwie minuty, a smakuje jak milion dolarów. Wszystko co trzeba zrobić, to wrzucić ser na patelnię, podgrzać na małym ogniu, a gdy się zaczyna rozpuszczać rozprowadzić go do uzyskania kremowej konsystencji paroma łyżkami 18% śmietany. Do sosu wrzucamy pomarańczowe kluseczki:
Pycha!