Kropka nad i. Cały słoik.

Zwykły wpis

Macie jogurt i szczyptę soli? Pewnie macie, a nawet jak nie macie, to mieć możecie. No to w zasadzie macie już wszystko. Wszystko, by wyruszyć w kulinarną podróż na Bliski Wschód. A że czasu mało, wszyscyśmy zabiegani, zajęci i po łokcie urobieni, to przejdziemy od razu finału. Nie będziemy grilować warzyw, miksować hummusu, smażyć falafeli, zawijać dolmy, dusić jagnięciny  ani kręcić baba ganush. Przejdziemy od razu do tego co zwieńcza dzieło, do tej kropki nad i, co to nadaje sprawie właściwy charakter. Bo kuleczka lebneh zmienia wszystko. Serio, serio.

Cooking&eatingNo to bierzemy rzeczony jogurt i sól. Jogurt powinien być grecki / bałkański, czyli gęsty i tłusty. Koniecznie sprawdźcie etykietę, czy aby przypadkiem jogurt nie jest oszukany, czyli zagęszczony żelatyną. W zasadzie, to weźcie od razu co najmniej dwa jogurty, bo z jednego to nie opłaca się robić. Soli natomiast bierzemy ok. 0,5 łyżeczki na 0,5 litra jogurtu. Ale nie przywiązujcie się do tego jak słony jest jogurt na tym etapie, bo cała sól i tak wypłynie z niego później.

Cooking&eating

Jogurt mieszamy z solą i wrzucamy słony nabiał na sito wyłożone gazą.

Cooking&eating

Po paru godzinach, gdy jogurt zrzuci pierwszą wodę, zaciskamy gazę i podwieszamy zawiniątko by sobie spokojnie odciekało. Wstawiamy jogurt do lodówki na 2 dni. Jeśli robimy lebneh z większej ilości jogurtu, to zostawiamy go do odciekania nawet na dłużej.

Cooking&eatingPo dwóch dniach jogurt bardziej przypomina twarożek. Niezwykle kremowy twarożek, dodajmy. I w zasadzie, można by na tym etapie poprzestać i przystąpić od razu do konsumpcji. Ale lepiej zainwestować moment w wykończenie lebneh na libańską nutę. Wierzcie mi, warto! W tym celu lepimy z jogurtowej masy kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Opcjonalnie obtaczamy w dodatkach smakowych.  Mięta jest genialna, użyłam też mielonego suszonego chili. Doskonale nadałyby się również inne zioła, czosnek, orzechy, pieprz… Granicą jest tylko wyobraźnia. Można też pozostawić lebneh bez dodatków. Albo li też pójść w dodatki słodkie, bo jak wspomniałam wcześniej, sól wcale w jogurcie nie pozostaje, ale to już wersja mocno nieortodoksyjna.

Cooking&eating

Cooking&eatingTeraz pozostaje tylko wrzucić kuleczki do słoja i zalać oliwą

Cooking&eating

Lebneh w oliwie można przechowywać ok. dwóch tygodni. Jest to genialny dodatek do grilowanego mięsa (zwłaszcza karkówki, steków wołowych, jagnięciny), więc poważnie rozważcie przygotowanie sporych zapasów przed sezonem grilowym. Do grilowanych warzyw sprawdza się równie fenomenalnie. Wszędzie tam, gdzie dodalibyście tzatziki, możecie dodać lebneh. No i wreszcie zwykła kanapka jest również odpowiednim miejscem dla tej apetycznej kuleczki. To co? Skusicie się?

 

Cooking&eating Cooking&eating

Cooking&eatingCooking&eating

Jak pół roku wakacji

Zwykły wpis

A gdyby rok szkolny zawierał w sobie 6 miesięcy wakacji, czyż życie nie byłoby piękniejsze? Ano byłoby. Pół roku szkolnej udręki osłodzone takąż ilością nieokrzesanej swobody smakowałoby zdecydowanie lepiej niż układ 10 na 2. Może nawet  popyt na wagary by nieco zmalał. A że poziom szczęścia w populacji młodzieży szkolnej wzrósłby gwałtownie, to nie trzeba nawet uzasadniać. Tylko w kwestii formalnej wyjaśnić należy, że wydłużenie wakacji powyżej 6 miesięcy w roku uczyniłoby nieuzasadnionym przymiotnik „szkolny” w roku szkolnym. Poza tym, wszyscy wiedzą, że nauka to potęgi klucz, więc nie przesadzajmy.

A gdyby tak zamiast marnych dwóch dni weekendu było ich aż pół tygodnia? No dobrze – wobec nieparzystości tygodnia niech będzie naprzemiennie raz trzy a raz cztery dni błogich, niespiesznych poranków. Pięknie by było? Ano pięknie. Nawet poniedziałek o gęsią skórkę by już nie przyprawiał. Dźwięk budzika nie byłby przedmiotem zbiorowej nienawiści. I pewna jestem, że wydajność pracy by wzrosła. Bo nie trzeba by było tracić ćwierci środy, trzeciej części czwartku i połowy piątku na ocucanie się kawą. No wiadomo, że to się musi opłacać. Aż się dziwię, że pracodawcy nie są za.

No to skoro wiadomo, że powściągliwość rozkoszy i ekonomii nie służy, to czemu się przyjęło, że kruszonka ma jedynie zwieńczać ciasto? Wszakże kruszonka to esencja przyjemności! Zatem niech Was nie dziwi, że ujrzawszy to ciasto zawyłam z zachwytu. Bo ciasto składające się w połowie z kruszonki, i to urzekającej orzechowo-cynamonowej kruszonki, musi być genialne. No nie ma wyjścia. Musi.

Cooking&eating

Ciasto jest mało kłopotliwe w przygotowaniu. Kusząca kruszonka siedzi na bananowym spodzie, który pozostaje wilgotny i apetyczny również na drugi dzień. A robi się to cudo tak:

Na początek kruszonka, której podstawowym składnikiem są orzechy. W oryginalnym przepisie były pekany, ale zmobilizowałam się do zrobienia tego ciasta, gdy na bazarku trafiłam na orzechy brazylijskie, więc zrobiłam je właśnie z nimi.

Cooking&eatingOprócz siekanych orzechów w ilości 300 g będziemy potrzebować jeszcze 40 g brązowego cukru (zastąpiłam go melasą), 30 g cukru białego, 170 g mąki,  łyżeczki cynamonu i 150 g roztopionego masła.

Cooking&eatingWszystkie składniki kruszonki łączymy szybko i byle jak, po czym odstawiamy ją na bok i sięgamy po składniki na ciasto.

Cooking&eating80 g miękkiego masła ucieramy z 100 g cukru

Cooking&eatingDorzucamy 2 jajka i jedno żółtko

Cooking&eatingNastępnie dodajemy 200 g gęstego jogurtu (bałkańskiego / greckiego) i łyżkę esencji waniliowej, a gdy składniki się połączą dosypujemy 170 g mąki, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1/4 łyżeczki sody i 1/2 łyżeczki soli.

Cooking&eatingNa koniec dokładamy do ciasta dwa pokrojone w kostkę banany i wylewamy ciasto na natłuszczoną tortownicę o średnicy 22 cm.

Cooking&eatingCiasto wypełni tortownicę zaledwie do połowy. I dobrze. Bo druga połowa musi pozostać wolna by pomieścić kruszonkę.

Cooking&eatingTeraz pozostaje tylko wypiekać ciasto przez 50-60 minut (do suchego patyczka) w 175 stopniach. I tyle. Pycha!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eatingPrzepis z seriuos eats

Na szczęście jest jeszcze zima!

Zwykły wpis

Jak wiadomo, trzeba bardzo uważać czego sobie człowiek życzy, bo nie daj boże spełni się. No chyba, że wzorem kandydatek na miss, życzycie sobie pokoju na świecie. Ale jeśli życzenia charakter bardziej przyziemny mają, to lepiej zastanowić się dwa razy. Bo jeszcze nadmiarowe kilogramy owszem, zlecą, ale nie wiedzieć czemu tylko z cycków. No i  może w przyszłym roku lobbiści na rzecz białych świąt będą bardziej precyzyjni i wskażą o które święta chodzi.

Ano właśnie, pogoda nas tej wiosny nie rozpieszcza. Ale nie ma co narzekać, bo już za chwileczkę, już za momencik słupki temperaturowe poszybują w górę i rękawy trzeba będzie dramatycznie skrócić. Zatem jest to ostatnia szansa, gdy jeszcze można zrzucić winę na wichury, śniegi, zawieje i zamiecie, by sięgnąć po to ciacho, w którym ilość masła może przyprawić o zawał od samego patrzenia. A wiosną, wiadomo, taka ilość masła nie przystoi. Na szczęście zima jeszcze tu jest :-)

Cooking&eatingCiasto jest mocno czekoladowe, z zadziornym melasowym aromatem i nutką tajnego składnika. A robi je się niezwykle prosto. Na duuużą blachę (30×40 cm) bierzemy 500 g mąki, 500 g cukru, 100 g melasy, 80 g kakao, 4 łyżeczki proszku do pieczenia i szczyptę soli.

Cooking&eatingSuche składniki łączymy w dużej misce i bierzemy się za składniki mokre, zaczynając od nieludzkiej ilości masła – topimy go aż 500 g.

Cooking&eatingOprócz stopionego masła bierzemy jeszcze 4 jajka i 150 ml mleka

Cooking&eatingŁączymy składniki mokre z suchymi

Cooking&eatingGdy wszystko się połączy w błyszczącą brązową masę, nadchodzi pora na tajemniczy składnik – dodajemy do ciasta 400 ml coca coli i mieszamy delikatnie, tak by jak najmniej odgazować przy tym napój.

Cooking&eatingCiasto wylewamy na blachę i wsadzamy do piekarnika rozgrzanego do 185 stopni na ok. 40 minut (do suchego patyczka). Gdy ciasto przestygnie bierzemy się za polewę – rozpuszczamy w kąpieli wodnej (lub mikrofalówce) 200 g czekolady z nadzieniem toffi rozrzedzając ją 4-5 łyżkami śmietanki (30%).

Cooking&eatingDekorujemy polewą ciasto i gotowe :-)

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

 

 

 

 

Gdybym sobą nie była

Zwykły wpis

Gdybym nie była sobą, życie byłoby wygodniejsze. Zamiast dźwigać plecak i tłuc się lokalnymi autobusami w towarzystwie drobiu, miałabym walizeczkę na kółkach, klimatyzację i all inclusive. Co prawda ominęłoby mnie poznanie nepalskiego profesora ekonomii, bardzo zaciekawionego okresem transformacji w Polsce, mnicha, który zaprosił nas do zwiedzenia swojego (niedostępnego dla turystów) klasztoru czy wenezuelskiego taksówkarza, który zamiast normalnie, bo zbójecku, sprzedać nas handlarzom nerek, na migi wytłumaczył nam zawiłe kwestie bezpieczeństwa w Caracas. No fakt, ominęłoby mnie to, ale byłoby wygodniej.

Gdybym nie była sobą, życie byłoby tańsze. Oprócz wspomnianych podróży, które za sprawą promocji lotniczych nie do odpuszczenia regularnie zmuszają do opróżniania ledwo podratowanego konta oszczędnościowego, w czarną dziurę finansową wpędzają mnie wizyty w sklepach z artykułami gastronomiczno-kuchennymi. Bo akurat była trawa cytrynowa, rzucili świeżego tuńczyka i nie wiadomo skąd na półce odnalazła się melasa. A ten wihajster do robienia wzorków na rzodkiewkach, to był absolutnie niezbędny. Oj tańsze by było życie. Może mniej ekscytujące, ale tańsze.

Gdybym nie była sobą, to życie byłoby po prostu prostsze. I może wyciągałabym wnioski z własnych błędów, choćby po to, by nie popełniać ich ponownie. Ale jestem w 100% sobą. Więc znowu wzięłam się za ravioli mimo absolutnie niesprzyjających okoliczności. Charakter okoliczności był zupełnie inny niż ostatnio, ale efekt zbliżony – ukończenie rozpoczętego dzieła wymagało jedynie umiejętności manipulowania czasem i stawania na rzęsach. I nie, nie jestem skończoną masochistką. Wręcz przeciwnie. Hedonizm w czystej postaci przeze mnie przemawia. Bo całe te przydrożne niedogodności umykają w mgnieniu oka wobec efektu finalnego. To po prostu jest pyszne!

Cooking&eatingRobienie ravioli, jak każdych innych pierogów, zacząć wypada od nadzienia, by do czasu lepienia temperatury je pozbawić. Bierzemy zatem parę garści szpinaku (ok. 200 g) i dusimy w niewielkiej ilości wody do miękkości. Trwa to raptem 5 minut, nie więcej.

Cooking&eatingSzpinak porządnie osączamy i siekamy

Cooking&eatingDo rozdrobnionego szpinaku dorzucamy 100 g ricotty oraz 1 jajko

Cooking&eatingPrzyprawiamy nasze nadzienie gałką muszkatołową, solą i pieprzem

Cooking&eatingDo przyrządzania farszu jeszcze wrócimy, ale teraz czas na ciasto. Na osobę bierzemy 100 g mąki (najlepiej z pszenicy durum) i 1 jajko oraz szczyptę soli. Zagniatamy szybko na elastyczne ciasto. Jeśli to konieczne dodajemy 1-2 łyżki wody lub jeszcze troszkę mąki. Ciasto rozwałkowujemy najcieniej jak to możliwe. Jeśli macie maszynkę do makaronu, to nie wahajcie się jej użyć. Jeśli nie macie, to moim sposobem prężcie muskuły wymachując wałkiem.

Cooking&eating

Gdy ciasto jest już odpowiednio cienkie (lub siły do dalszego wałkowania brak) wracamy do nadzienia – podsypujemy je parmezanem, który wchłonie wodę puszczaną przez szpinak. Bo szpinak, choćby najlepiej odsączony, zawsze trochę wody puści. 1-2 łyżki parmezanu pomogą na tę dolegliwość.

Cooking&eatingPorcje farszu wielkości orzecha włoskiego układamy na płacie ciasta. Wolne przestrzenie smarujemy odrobiną mleka i przykrywamy całość drugim płatem. Dociskamy warstwy ciasta do siebie w odstępach między porcjami farszu i rozcinamy na eleganckie pierożki.

Cooking&eatingRavioli gotujemy w osolonej wodzie do miękkości. A w czasie gdy się gotują podsmażamy liście pietruszki na maśle.

Cooking&eatingPolewamy pierożki pietruszkowym masłem i zatapiamy zęby w niebiańskim ravioli. Pycha!

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eating

Kaczka, wcale nie dziwaczka

Zwykły wpis

Nad rzeczką, opodal krzaczka, mieszkała kaczka. Wcale nie dziwaczka. Po prostu postępowa była i nie wahała się latać obok klucza, zamiast w nim. Była ambitna i chętnie się uczyła – oprócz kwa, kwa swobodnie używała też quack quack i kra kra (jakby ktoś nie wiedział, to rosyjskie kaczki kraczą :-) ). Nie spieszyła się ze składaniem jaj, chciała najpierw popływać trochę po nie znanych wodach, polatać po nieznanym niebie. I ogólnie gwizdała na konwenanse. O ile dziobem da się gwizdać.

Bulwersowała się na to starszyzna plemienia. Bo jak to tak można! Skąd u nas taki odszczepieniec? Przecież u nas, nad polską rzeczką, opodal polskiego krzaczka, takie rzeczy są nie do pomyślenia. U nas kaczki grzecznie tarzają się w majeranku, nadziewają jabłuszkami i posłusznie siedzą w piekarniku do rumianej skórki. Taki jest odwieczny porządek rzeczy i nikt nam go burzyć nie będzie. Pod groźbą oskubania.

Ale nasza kaczka, wcale nie dziwaczka, była nieugięta. A jak ktoś się uprze, to wiadomo, nie ma siły. No i ominął ją majeranek, jabłuszka na jej drodze nie stanęły. Skończyła w oregano. W towarzystwie fig. Skąpana w winie. Wśród zachwytów i aplauzu. Oraz drobnego pomlaskiwania ;-)

Cooking&eating

Aby kacze marzenia ziścić prócz kaczych nóżek należy sięgnąć po rzeczone figi, oregano i wino. Ponadto jedynie sól będzie potrzebna.

Cooking&eatingNóżki dokładnie nacieramy solą i ziołem, by aromat je otulił z każdej strony

Cooking&eating

Następnie pakujemy mięso do rękawa i podlewamy czerwonym wytrawnym winem – ok. 100 ml wystarczy.

Cooking&eating

W następnym kroku pakujemy mięso do piekarnika – w 180 stopniach ptaszysko powinno posiedzieć przynajmniej godzinę, ewentualnie ciut dłużej jeśli odmawia mięknięcia. A gdy już zmięknie, to wyciągamy je z piekarnika, odsączamy z tłuszczu i kładziemy skórą do dołu w rozgrzanym rondlu.

Cooking&eatingW czasie gdy kacza skórka się rumieni przekrawamy 4 figi na pół

Cooking&eatingKaczkę przewracamy rumianą skórką do góry, figi układamy dookoła mięsa przekrojem do dołu i podlewamy wszystko winem – znowu ok. 100 ml

Cooking&eatingTrzymamy ten ambaras pod przykryciem na średnim ogniu przez ok. 15 minut lub do czasu aż figi zmiękną, a wino zredukuje swą objętość o połowę. I gotowe. Myślę, że nawet najbardziej ambitna kaczka byłaby zadowolona z takiego obrotu spraw :-)

Cooking&eating

Cooking&eating

Cooking&eatingJest to mocno zmodyfikowana wersja przepisu Nigela Slatera.

 

 

Gdyby Włosi mieli skośne oczy

Zwykły wpis

Coś mi się kołacze po głowie, że gdzieś kiedyś słyszałam, jak ktoś komuś mówił, że ktoś inny słyszał, że tamten czytał, że za lasami, za górami są takie dzieci, które w dzień śpią. Przekorny Kajtek zdecydowanie pochodzi od innej małpy.  Zdaje się, że od tej samej co ja. Centkowa Mama do dziś wzdryga się na wspomnienie mojego dzieciństwa. Uprzedzając domysły i wredne komentarze, od razu w tym miejscu wyjaśnię, że li tylko o moją niechęć do snu chodziło. Bo spałam raptem 3 (słownie trzy) godziny na dobę, a moi biedni rodzice, chcąc nie chcąc, spali równie mało. No a że karma to suka, to nie mogło być inaczej – moje dziecię awersją do snu wyrównuje teraz rachunki międzypokoleniowe.

Na szczęście, w całe przedsięwzięcie wmieszał się Niesforny Mąż, który użyczył na potrzeby sprawy trochę dobrych genów. I dzięki temu przynajmniej w nocy Kajtek śpi długo, mocno i nieprzerwanie. Gdybym prowadziła bloga o gwiazdozbiorach, nocnym życiu, sów pohukiwaniu, to byłby to układ idealny. Trochę gorzej ma się sprawa z jedzeniem, które na ogół się je w dzień. I któremu w dziennym świetle zdecydowanie bardziej do twarzy na zdjęciach. A tymczasem w czasie gdy światło dzienne w niereglamentowany sposób z okien spływa, warunki są takie, że nawet na dotychczasowe uniwersalne danie ekspresowe, czyli wszelkie odsłony pasty, czasu nie starcza.

Na szczęście świat kulinarny nie ogranicza się nam do Europy i skłonnych do sjesty Włochów.  Pracowici Azjaci już dawno wymyślili makaron, który gotuje się dwa razy szybciej od swego włoskiego kuzyna. Poza tym, nie wiedzieć czemu, z żadnym innym makaronem to danie nie smakuje równie dobrze, jak właśnie z makaronem soba. A przetestowałam je wielokrotnie, bo chyba nie ma nic szybszego do schrupania na ciepło – czas przygotowania poniżej 10 minut, łącznie z oczekiwaniem na zagotowanie się wody! Przydaje się mieć takie przepisy w repertuarze, oj przydaje…

Cooking&eatingWystarczy niewiele, ale za to charakternych składników. Oczywiście rzeczony makaron soba jest wśród nich.

Cooking&eatingPoza tym potrzebne będą krewetki. Prawdopodobnie, jako i ja, będziecie używać mrożonych. Pamiętajcie, żeby je osuszyć na papierowym ręczniku przed smażeniem, bez tego ciężko im się będzie zrumienić.

Cooking&eating

pasta kawiorowa – nie żebym promowała konkrentą markę, ale pasta produkowana przez Abbę, ta lekko podwędzana, jest bezkonkurencyjna do tego celu.

Cooking&eating

Ponadto przyda się kilka łyżek śmietanki (18-22%) i możemy przystąpić do dzieła. Jedną ręką gotujemy makaron, drugą zaś, na mieszance masła i oliwy podsmażamy na rumiano krewetki

Cooking&eatingKrewetki na moment odkładamy, a na tą samą patelnię wrzucamy pastę kawiorową. Jeśli czasu mamy więcej, można jeszcze wzbogacić temat od zeszkloną dymkę, ale gdy czasu brak, to można ten krok pominąć. Do pasty dolewamy śmietankę i łączymy wszystko szybko w gładki sos. I tyle.

Cooking&eating

 

Ile pasty? Cóż, to sprawa indywidualna – ogólnie do smaku. Moje podniebienie uważa, że ok. 1/4 tubki na osobę to dawka odpowiednia, ale pamiętajcie, że pasta oprócz tego, że jest kawiorowa, to jest jeszcze słona i nie można przesadzić z jej ilością. A śmietanki jakieś 2-3 łyżki na osobę – tyle, żeby pastę rozrzedzić do konsystencji sosu. Gdy sos będzie taki jak trzeba, dorzucamy makaron.

Cooking&eatingNa koniec z powrotem dorzucamy krewetki  i jemy. Prawda, że trudno o coś szybszego?

Cooking&eating

Cooking&eating

 

 

Bo czasem ciasto być musi.

Zwykły wpis

Jestem przekonana, że posądzicie mnie o kłamstwa wierutne i ściemniactwo czystej wody. Bo ciągle się zarzekam, że sól jest mą miłością, że przedkładam ją nad cukier i w ogóle, że krew słona w mych żyłach krąży, a jednocześnie co i rusz coś słodkiego się tu pojawia. No cóż… Nie, wcale nie powiem, że kobieta zmienną jest. Po pierwsze, to nigdy nie mówiłam, że słodkiego nie lubię. Słodkie lubię też. Tylko jakby ciut mniej niż słone.

A po drugie, to ostatnio mam wrażenie, że jako ten Don Kichot z wiatrakami walczył, tak ja próbuję pokonać wskazówki zegara krążące wkoło bezlitośnie i wydrzeć zegarowi, tej bestii okrutnej, odrobinę czasu. Na ogół bezskutecznie. Co powoduje, że żywię się głównie kanapkami przyrządzanymi naprędce jedną ręką, podczas gdy na drugiej dziecko płaczące trzymam. Obdukcja wykazała brak trzeciej ręki, niezbędnej do obfotografowania tej czynności. Więc jakkolwiek chciałabym Was zauroczyć zdjęciami tych wytwornych kanapek, to niestety materiału graficznego brak.

Ale. Czasami nie ma wyjścia, brak trzeciej ręki nie jest wystarczającą wymówką, a dzika tęsknota za snem jawi się jako błaha fanaberia. Bo jak trzech członków rodziny z północy przybywa z darami dziecię oglądać, to ciasto być musi. Zwłaszcza, gdy wśród nich jest Maleństwo, które mimo osiągnięcia pełnoletności, z miłości do słodkości jeszcze nie wyrosło. Ale nie lękajcie się. Nie przesadziłam, nie przesłodziłam, lukru nie będzie. Będzie słodko w sam raz. I na dodatek z zadziorną nutką chałwy ukrytej dla niepoznaki w kremowym serniku. Wierzcie mi, to jest dobre!

Cooking&eating

Spód sernika robimy z kruszonych ciasteczek digestive (130 g) i miękkiego (lub wręcz stopionego) masła (50 g) – jest to proporcja na tortownicę o średnicy 26 cm.

Cooking&eatingTortownicę wylepioną ciasteczkową masą wstawiamy do lodówki i bierzemy się za masę serową – 1 kg twarogu trzykrotnie mielonego ucieramy ze szklanką cukru. Te i inne składniki powinny być w temperaturze pokojowej.

Cooking&eating

Do słodkiego twarogu dodajemy jajka, jedno po drugim, łącznie 5 sztuk.

Cooking&eating

Potem dodajemy 2,5 łyżki mąki ziemniaczanej i 2,5 łyżeczki esencji waniliowej (lub 2,5 łyżki budyniu waniliowego) oraz 160 ml tłustej śmietanki.

Cooking&eating

Na koniec czas na chałwę – kruszymy 380 g tego rarytasu i łączymy z masą serową.

Cooking&eating

Masę wylewamy na schłodzony spód i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni, na dół którego wstawiamy naczynie z wrzącą wodą.

Cooking&eating

Sernik pieczemy ok. godziny, a następnie studzimy w uchylonym piekarniku. Gdy sernik wystygnie, jest gotowy na przyjęcie boskiej polewy chałwowej. Aby ją stworzyć, miksujemy na gładko 190 g chałwy i 160 ml śmietanki.

Cooking&eating

Śmietankowo-chałwową masę podgrzewamy by nieco zgęstniała i wykańczamy nią sernik.

Cooking&eating

Jeszcze tylko próba silnej woli nas czeka, bo sernik powinien się wychłodzić w lodówce przez parę godzin, a najlepiej całą noc. Za to jak już będzie można go jeść… Poezja!

Cooking&eating

Cooking&eating

 

Cooking&eatingPrzepis pochodzi od Dorotki.