O lizaniu języków i spotkaniu ze śmiercią

Zwykły wpis

Ja żadną poliglotką nie jestem. Angielskiego nawet w kategoriach języka obcego nie rozpatruję, bo to podstawa, bez której (przynajmniej w moim przypadku) funkcjonować się nie da. Ot, życiowa konieczność.

Rosyjskiego się uczyć nie miałam okazji, bo do postępowej podstawówki chodziłam. A to co od Niesfornego Męża wchłonęłam, to była mimowolna i niekontrolowana absorpcja, która zaowocowała tym, że nie reprezentuje obecnie żadnego poziomu – reguł gramatycznych nie znam, słów znanych doskonale uczniowi pierwszego semestru też nie, za to słowa, których ludzie po kilku latach nauki nie znają – a i owszem. Poza tym znam kultowe teksty z filmów, mogę kogoś wyzwać szpetnie albo umówić się na seks – ciekawe który nauczyciel chciałby z takim materiałem pracować.

Niemieckiego uczyć mnie próbowano. Przez 4 lata. Na koniec nawet miałam piątkę. Ale jak można mieć serce do języka, w którym wyznanie miłości brzmi równie ciepło i miękko co hände hoch i który ogólnie brzmi jak wymiotowanie drutem kolczastym. Dla własnego zdrowia psychicznego wyparłam to wspomnienie z pamięci wraz z całym zasobem słów.

Ponadto liznęłam jeszcze kilka języków (jakkolwiek dwuznacznie to brzmi). Po hiszpańsku umiem wyrazić swą wolę jeśli chodzi o szukanie noclegów i zamawianie w knajpie. Odpowiedzi już nie zrozumiem, ale uważam, że to akurat problem drugiej strony, aby wytłumaczyła mi ile mam zapłacić. A po japońsku mogę policzyć do dziesięciu. Za to z francuskim nigdy, przenigdy nie miałam okazji się bliżej zapoznać. I ma to swoje konsekwencje rozliczne, wśród których jest całkowite masakrowanie wymowy nazw francuskich. Oczywiście jak już poznam prawidła, to się do nich stosuję i boeuf bourguignon w [bef burginią] się zmienia. Ale nim to nastąpi wymawiam sobie beztrosko nazwy zgodnie z pisownią lub języka giętkością, a że ogólnie to i tak bardziej wzrokowcem jestem, to nade wszystko wersję zapisaną oczyma wyobraźni odtwarzam. I tak oto mille-feuille to zawsze dla mnie było [mille-feuille]. Nic innego.

Oj, rozpisałam się. Do puenty dziewczyno, do puenty. No. Bo chodzi o to, że umarłam. Zobaczyłam – i umarłam. Bo Rosjanie, jak już Wam wspominałam, mają bardziej wyluzowany stosunek do zapożyczeń językowych. Robią z nimi co chcą, byleby było wygodnie. Więc najzwyczajniej w świecie prawidłową wymowę zapisują za pomocą cyrylicy. I tak oto buszując którego razu po necie ujrzałam мильфей [literalnie tu jest napisane milfej]. I tym sposobem za pomocą języka rosyjskiego poznałam wymowę w języku francuskim. Oraz nabrałam ochoty na [milfej].

Łatwo się robi, a wygląda spektakularnie. Kombinacji jest niepoliczalnie wiele. Ta propozycja to jedynie przykład.

Na początek baza konstrukcji – krążki ziemniaczane i serowe. Kupki parmezanu usypane na blaszce wstawiamy do piekarnika. Lub też cienkie plasterki ziemniaków, przesmarowane dla kleistości jajkiem, układamy w zgrabne kółeczko i zapiekamy. O tym, że gotowe ciasto francuskie można wykorzystać, to nawet nie wspomnę.

Druga rzecz, to wypełnienie. Wystarczy jedna, odpowiednio charakterna masa. Ale dla podniesienia wartości wizualnej warto wziąć dwie. Postawiłam na zieloną pastę z groszku, wzmocnioną wasabi.

Na dwie piramidki zużyłam puszkę groszku. Ilość wasabi dostosujcie do swoich upodobań. Nie zapomnijcie o soli. Szczypiorek jest dobrym uzupełnieniem tematu.

Białą masę zrobiłam z 1 opakowania serka philadephia rozprowadzonego odrobiną kwaśnej śmietany, by był rzadszy. Ponieważ zielona masa była u mnie dość ostra, w przypadku białej postąpiłam minimalistycznie.

Ponadto dodałam wędzonego łososia i odrobinę rukoli.

I teraz inżynieria budowlana się rozpoczyna. Przekładamy, smarujemy, dociskamy, pion sprawdzamy.

Jeszcze kapelusik na czubek i gotowe.

Oczywiście mille-feuille można równie dobrze zrobić na słodko. Zamiast wasabi – wanilia, zamiast soli – cukier, w miejsce łososia – owoce. Szybkie, łatwe i bezproblemowe – chyba, że liczyć kwestię wymowy ;-)

Reklamy

11 responses »

  1. Nie wymawiaj imienia Pana Boga nadaremno! Wobec tego nie wymówię, ale dodam mimo wszystko, że Boga nie masz w sercu dziewczyno. Ja w pracy jestem i do kuchni mogę tylko na kawę polecieć!!! A ty mi tu jakieś MIL FUJ prezentujesz, od których ślina mi do pasa, jak psu mojemu, cieknie…
    Nieładnie, NIEŁADNIE!

  2. Pięknie wyglądają obie wersje! Pierwsza piękniej, ale ja zjadłabym raczej na słodko, bo słodka ze mnie dziewczyna ;)))
    A co do francuskiego, to ja się go teraz namiętnie uczę i powiem tak: nie da się zapisać wymowy. Są różne wariacje „ę” i „ą”, które trzeba po prostu czuć, nie mówiąc już o „é” ( mój mąż stwierdził, że w tym wieku to on nie będzie się wygłupiał i mówił jakieś „é”, ale życie zmieniło jego przekonania ). Jest milion wyjątków! Nie wchodząc w szczegóły, francuski jest trudny, a wymowa z tego wszystkiego najłatwiejsza chyba. W porównaniu z angielskim tak ze 3 razy trudniejszy. Angielskie „The” to pikuś! Nie chwaląc się ja też mam zdolności językowe, co znacznie ułatwia sprawę, bo inaczej bym się chyba załamała :)
    Bonne journée!

    • Z tą wymową francuską, to ja wiem, że jest ciężko. Ale żeby zrozumieć jak ciężko, to się trzeba trochę wgryźć w temat. I odczuć na własnej skórze, że jest się nierozumianym przez nativa za delikatnie nieprecyzyjne wymówienie którejś z wariacji na temat „e”. A ja jestem zupełnie nie w tym miejscu. Na tym etapie wystarczy mi wiedza, że foie gras w wymowie to bardziej [fła gra] niż [foie gras] – no wiesz, żeby się z innymi Polakami dogadać :-)))

      • A wszystko przez to, że jesteśmy ambitnym narodem i chcemy poprawnie wymawiać obce wyrazy. Znajoma Irlandka mówiła, że ma samochód marki „pedzio” ( peugeot ) :D

        • Ładne :-)
          Mnie do łez doprowadziła inna zasłyszana z Wysp historia, związana z tym, że polskie piwa pojawiły się w brytyjskich sklepach. Bardzo chwaloną marką okazał się „zajłik”.
          Nie, sama nie wpadałbym na to, że chodzi o Żywca :D

        • Ale zdarza się też tak, że jakiś rodak powie ” I tower you” – dla mnie to prawdziwy majstersztyk! Dowód na naszą polską inteligencję językową ;)))

  3. Wygląda apetycznie, choć francuzów z natury nie trawie.
    I wychodzić mi nie chcą :( – pewnie z racji moich germanistycznych zapędów. Co nie zmienia faktu, że owszem, skuszę się na mille-feuille (tylko Francuz mógł taką nazwę wymyślić!) i z radością zaobserwuję, jak runie na talerzu niczym francuska granica przed szwabskim najeźdźcom ;).

Masz coś do powiedzenia? Nie krępuj się!:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s