Sposób na niezdyscyplinowanych gości

Zwykły wpis

Jestem patologicznie punktualna. Nie mówię, że nigdy się nie spóźniam. Bywają poranki, kiedy nawet ósmy dzwonek budzika nie przedziera się do mojej świadomości i docieram do pracy z lekkim poślizgiem. Zdarzają się też korki. A niekiedy najzwyczajniej w świecie coś nie wychodzi jak powinno. Ale co do zasady sztywno się trzymam umówionych godzin. Na czym bardzo cierpią nasi Przyjaciele zapraszający nas na imprezy. Jak zapraszają na dwudziestą, tu punkt dwudziesta pukamy do ich drzwi. Niesforny mąż próbował oponować, ale wciągnęłam go w moje szaleństwo i teraz tylko sporadycznie prostestuje. Więc przychodzimy punktualnie, wyciągając gospodarzy spod pryszniców, wytrącając odkurzacz z dłoni i ogólnie przerywając przygotowania. Kolejni goście dołączają do nas godzinę później, a w komplecie jesteśmy po godzinach dwóch.

W odwrotnej sytuacji punktualność działa również przeciwko mnie. Gdy ja zapraszam na tą przykładową dwudziestą, wszystko na dwudziestą jest gotowe. Gorące jedzenie ląduje na stole. A gości brak. Schodzą się jak normalni ludzie, w swoim tempie, bo w końcu nie służą w wojsku, tylko przychodzą się bawić. Sytuacja ta zawsze wyprowadzała mnie z równowagi i jak już w końcu rozlegało się pukanie do drzwi, to miałam ochotę na dzień dobry ludziom, których przecież bardzo lubię, i którzy absolutnie nie są winni mojego szaleństwa, wykrzyczeć to teraz sami sobie jedzcie zimne! Już się trochę wyluzowałam, ale i tak lekki zgrzyt zębów daje się słyszeć w domu gdy goście nie funkcjonują wg mojego rozkładu jazdy. Na szczęście znalazłam rozwiązanie, które pozwala mi witać Przyjaciół uśmiechem, a nie wyrzutem.

Pomysł ten jest tak genialny, że aż dziwne by było, gdyby nikt na niego wcześniej nie wpadł. W istocie. Wymyślono to już setki lat temu. Nazywa się to przystawka :-) Ale niech Was banał nie odstrasza, bo dziś będzie mowa o dwóch idealnych przystawkach imprezowych. Sycące, dające się przygotować z wyprzedzeniem i pyszne. Pozwalające przesunąć podanie dania głównego na później. Mnie to przekonuje.

Pierwsza, to świnki w kocykach, czyli (po ludzku mówiąc) parówki w cieście. A w zasadzie, to nawet nie tyle świnki są esencją tej przystawki, co sos do nich serwowany. Ta kompozycja ma moc.

Parówki zawijamy w ciasto francuskie przesmarowane od wewnątrz rozstrzepanym jajkiem.

IMHO najlepsze są świnki o wielkości dwóch gryzów, ale to kwestia otwarta.

Smarujemy jajkiem również z wierzchu, wstawiamy do piekarnika (200 st., ok. 12 minut). I teraz czas na sos. Pomysł Nigeli, absolutnie rewelacyjnie dopełniający dzieła. 100 g musztardy dijon, 100 g musztardy francuskiej i dwie łyżki śmietany. To wszystko. A smakuje… Zapewniam, że warto.

Propozycja numer dwa jest równie prosta w wykonaniu i równie zniewalająca smakiem. W sam raz do przegryzienia pod piwo lub wódkę. Przegryzka w typie Oktoberfest. A konkretnie – zapiekane kiełbaski norymberskie.

Kiełbaski te znacząco zyskują na walorach dzięki glazurze z dwóch łyżek musztardy francuskiej, tyleż syropu klonowego i łyżki sosu sojowego.

Kiełbaski dokładnie umaczane w glazurze układamy na blaszce.

Blaszkę wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 st. na ok. 6-7 minut, po tym czasie przewracamy, aby zrumieniły się również z drugiej strony. Dopiekamy kolejne 3-4 minuty.

Gotowe! I tu mała podpowiedź –  świnkowy sos bardzo dobrze komponuje się do kiełbasek, więc warto zrobić go więcej.

Goście, przybywajcie, jestem gotowa!

A co podać po przystawkach? O tym już innym razem.

Reklamy

8 responses »

  1. Mój tata, kiedy zalecał się do mojej mamy przed ślubem, przychodził 15 minut przed czasem, stał za drzwiami i punktualnie o umówionej godzinie naciskał dzwonek. Ja, może nie aż tak, ale punktualność też mam we krwi i wiem, jak z tym czasem ciężko żyć :) Super przystawki!

    • Nie obrażając Twojego Taty, ale czy przypadkiem nie rozsiewał swoich genów na Pomorzu? Ja pod tym względem zupełnie do rodziców podobna nie jestem i jako jedyna z rodziny choruję na ciężki przypadek choroby pt. „nie zdążymy”, zmuszający mnie do przybywania na dworce i lotniska gruuubo przed czasem. Czyżby cudowne odnalezienie rodziny nastąpiło?
      ;-)))

  2. a ja uważam, że spóźnialstwo jest lekceważeniem gospodarza czy jakiejkolwiek inne osoby, z którą jesteśmy umówieni i nie absolutnie akceptuję go jeśli przekracza kilka minut a maksymalnie studencki kwadrans

    nie lubię lekceważyć innych i tego samego oczekuję od otoczenia

    • W dużej mierze się z Tobą zgadzam. Ale w tym wypadku, to najzwyczajniej w świecie sama jestem sobie winna. Bo ja z góry wiem, że Przyjaciele przyjdą później, więc nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem. A po drugie, to nie jest spotkanie z cyklu proszony obiad, tylko luźna domówka. Więc i zasady, siłą rzeczy, luźniejsze. A ponad wszystko lubię Ich, więc i tak wszystko jestem w stanie wybaczyć :-)

  3. Rozumiem Twój ból, bo może super punktualna nie jestem, ale jak ktoś zaprasza, to się staram. Co innego, jak umawiamy się gdzieś na mieście, to hasło w stylu: będę, ale później jest w miarę ok, ale tak, to dziwnie, a jak już wcześniejsi goście wszystko zjedzą?:D To strata tych spóźnionych? Oj ciężko z kulturą w narodzie (mówi ta, której się zdarza popełnić też gafy). Szacunek dla czasu, dla rzeczy drugiej osoby (np. niektórzy znajomi chociaż daję im talerzyk jedzą w powietrzu, ale i to nie jest jeszcze najgorsze), dla jej pracy. Te kiełbaski (ala frankfurterki) są super, też u znajomych podobne kiedyś na ciepło jadłam:) idealne na spotkanie. Pozdrawiam:)

Masz coś do powiedzenia? Nie krępuj się!:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s